piątek, 23 stycznia 2026

Cisza przed burza, czyli spokojny tydzien przed (doslownym) sztormem

Niedziela, 18 stycznia to dluzsze spanie. Bardzo dlugie. Dzien wczesniej zasiedzialam sie i bylo grubo po polnocy gdy kladlam sie spac. Wobec tego, kiedy budzik zadzwonil o 8:30 rano, zamknelam oczy jeszcze "na chwile". Kiedy je otworzylam, byla 10:10, wiec to byla dosc dluga chwila. :D W sobote spadlo nam troche sniegu, ktory rano nadal proszyl, wiec napisalam do taty z pytaniem czy wpada na zwyczajowa kawe, czy boi sie zimy.

Zimowe widoki o poranku 

Odpisal, ze zima mu nie straszna i przyjedzie. ;) Posiedzielismy wiec jak zwykle z dziadkiem, a po jego odjezdzie zmusilam sie zeby jechac na zakupy. Strasznie mi sie nie chcialo, ale kotu skonczylo sie mokre zarcie, wiec nie bylo wyjscia. W ciagu dnia snieg przestal padac, a solidnie sypane sola drogi wydawaly sie calkiem niezle, wiec wymowki brak. ;) Zabraly sie ze mna Potworki, a po wyjsciu z puszkami, stwierdzilam ze podjedziemy jeszcze do spozywczego, bo jak zwykle mielismy kryzys z jajami, choc w czwartek kupilam 2 tuziny. :O Jak na zlosc, snieg, ktory mial zaczac ponownie padac o 18, zaczal juz teraz, a byla 16. I to padal na tyle mocno, ze osiadal na posniegowym blocie, ktorego resztki lezaly na jezdni. Warunki robily sie wiec gorsze doslownie w oczach. Wpadlismy do sklepu, chwycilismy jaja, Bi zgarnela jeszcze po drodze sushi i popedzilam (ale wolno i ostroznie) do domu.

Po powrocie, czemu by nie zagrac w snieznego kosza?

Tam napalone juz bylo w kominku, wiec mozna sie bylo zagrzac i zrelaksowac, patrzac na sypiacy snieg za oknem. No i z mila swiadomoscia, ze mielismy kolejnego dnia wolne; znaczy sie ja i Potworki. ;)

W poniedzialek moglismy wiec znow pospac dluzej. Byl dzien Martina Luthera Kinga Jr., wiec szkoly oraz urzedy federalne byly zamkniete. U M. niby pracowali, ale kazdy mogl wziac dzien wolny, bezplatny, za to bez zuzywania wakacji. Poniewaz pojawilo sie u niego zawrotne 6 osob, wiec wyszedl w poludnie. ;) Gdzies w nocy snieg przestal padac, wiec rano przywitala nas iscie bajkowa sceneria. 

Mozna nie lubic zimna, mozna nie lubic sniegu, ale na Florydzie takich widokow nie znajdziecie :)

Po powolnym ogranieciu sie, chwycilam za odkurzacz oraz mopa, tym razem chcac zrobic porzadek z podlogami na gorze. Nik z entuzjazmem zabral sie za swoj pokoj, a Bi z duzo mniejszym, ale ogarnela u siebie. Panna byla na popoludnie umowiona z kolezankami do galerii, gdzie mialam zawiezc ja oraz sasiadke, a sasiad mial potem dziewczyny odebrac. Ja nie moglam (i nie chcialam) bo M. bral moje auto na zmiane oleju i nie wiedzialam ile mu to zajmie. Na 13:30 odstawilam wiec pannice pod galeria, a potem wrocilam do chalupy. Poskladalam pranie, wstawilam kolejne oraz zmywarke, troche posiedzialam na spokojnie z kawa, po czym stwierdzilam, ze czas brac sie za lasagne. Tyle, ze olsnilo mnie iz... nie wyciagnelam miesa z zamrazarki! :O Poniewaz nie bylo szans zeby rozmrozilo sie szybciej niz za kilka godzin, wiec z westchnieniem przelozylam to danie na inny dzien. Za to, skoro zyskalam czas, szybko upieklam mini serniczki. Wyobrazcie sobie, ze zostala mi masa sernikowa z urodzin Kokusia. To juz ponad miesiac i mialam ja wyrzucic, ale zajrzalam w wiaderko i ani nie porosla plesnia, ani nie pachniala jakos podejrzanie. Stwierdzilam wiec, ze grzechem byloby jej nie wykorzystac, a ze wszyscy poza Nikiem lubia te cytrynowe serniczki, wiec raz dwa je machnelam. Poza tym, Potworkom (a w szczegolnosci Bi, bo wiadomo ze po lazeniu po galerii byla zmeczona) sie poszczescilo, bo na basenie wysiadlo ogrzewanie wody, wiec odwolano trening. Pozniej niestety nadszedl koniec laby i trzeba bylo wyciagnac sniadaniowki i szykowac sie na powrot do kieratu.

Wtorek przywital nas -7 stopniami na termometrze. Nik dopiero co wydobrzal, wiec stwierdzilam ze lepiej zeby nie sterczal na takim mrozie i stwierdzilam ze go zawioze. Spytalam Bi czy woli jechac ze mna czy z sasiadka (bo oni teraz codziennie woza corke, wiec zabieraja i ja), ale odparla ze woli ze mna, bo jej kolezanka ma problemy z wyrobieniem sie i wiecznie dojezdzaja na ostatnia chwile, lub wrecz spoznieni. Co prawda sasiadce tez musialam zaproponowac podwozke bo ciagle zabieraja Starsza, ale kiedy jedzie z nami, jakos presja dziala i sie nie spoznia. ;) Tym razem okazalo sie, ze wszyscy jakos tak sie slimaczylismy, ze sasiadka zdazyla juz corke podwiezc pod nasz dom. Odstawilam dziewczyny, odstawilam syna, po czym "popedzilam" do pracy. W cudzyslowiu, bo na autostradzie byl wypadek, zablokowali dwa z trzech pasow i korek zrobil sie, ze ho-ho. Trzy km pokonalam w... 40 minut! :O A pozostale 6 w 10... Dobrze, ze moje cotygodniowe wirtualne spotkanie szef przelozyl na 10, bo w zyciu bym nie zdazyla... W biurze byly nas az... dwie osoby. :D Dzien sie troche dluzyl, ale nadal mam szkolenia, a do tego upomniec sie o uwage ludziskow z IT, aktywowac korpo karte kredytowa i wklepac ja w profil do rezerwacji podrozy. A, bo zapomnialam napisac, ze moja karta przyszla poprzedniego dnia. Prosilam o przyspieszone rozpatrzenie i sprawili sie na medal. Zamiast wyslac poczta (ktora w poniedzialek miala wolne), wyslali FedEx'em, wiec niezle sie zdziwilam kiedy znalazlam koperte pod drzwiami. Teraz z M. zartujemy, ze jedziemy na zakupy, wydawac pieniadze podatnikow. :D Zarty zartami, ale przy kazdej prezentacji czy szkoleniu w pracy, podkreslane jest na kazdym kroku, ze wszystko mamy oplacane z publicznej kasy. Smieje sie, ze powinnam przestac placic podatki, bo to tak jakbym sama sobie placila pensje. :D W kazdym razie, dzien jakos zlecial, przebilam sie przez popoludniowe korki i doturlalam do domu. Caly dzien trzymal solidny mroz, a na wieczor temperatura zaczela jeszcze spadac, wiec bardzo ucieszyl nas mail, ze naprawa grzalki na basenie nadal trwa i trening ponownie zostal odwolany. Napalilismy w kominku i spedzilismy wieczor na leniuchowaniu, poza codziennym ogarnianiem. Spojrzalam tez z Kokusiem na wybor przedmiotow na kolejny rok. Podobnie jak Bi, on rowniez musi wybrac przedmioty do 9 klasy, czyli pierwszej szkoly sredniej. W przeciwienstwie do siostry jednak, Nik nie ma pojecia co kiedys chcialby robic, ani co go interesuje. Niektore przedmioty, jak angielski, matematyka, historia oraz fizyka, ma obowiazkowe, ale reszte musi wybrac. Zreszta, nawet te obowiazkowe, ma wpisane jako rozszerzone, ale jesli nie czuje sie na silach, moze wziac je na zwyklym poziomie. Zamiast hiszpanskiego zas (a pani wpisala mu rozszerzony na poziomie III) moze wziac poziom II, lub zaczac od poczatku i wziac francuski I. ;) Po wpisaniu obowiazkowych przedmiotow oraz jezyka, Nik ma 5.5 kredytu, a musi miec pomiedzy 6.5 a 7.5. Mlodszy, podobnie jak rok temu siostra, celuje w 7, zeby miec tez w grafiku przerwy, tzw. study halls. W czasie tych przerw, uczniowie moga odrabiac lekcje, pojsc do biblioteki, konczyc jakies projekty, czy tez po prostu poczytac ksiazki lub odpoczac. Dla Kokusia oznacza to jednak wybor kolejnych dwoch przedmiotow, jednego z 1, drugiego z 0.5 kredu, lub trzech po 0.5. Te kredyty (credits) jeszcze dodatkowo komplikuja sprawe. ;) W dodatku, zeby w przyszlosci ukonczyc szkole, uczniowie musza miec jeden kredyt "artystyczny" i wiekszosc bierze wlasnie cos ze sztuka lub muzyka w I klasie, zeby juz miec z glowy. Mlodszy caly czas twierdzil ze wezmie znow zespol i jeszcze rok pogra na trabce (to daloby mu caly kredyt), teraz jednak nie jest pewnien i zastanawia sie nad jakas grafika komputerowa itd. Problem w tym, ze jest cholernie niezdecydowany, wiec siedzielismy nad tym prawie godzine i ostatecznie nie dokonal zadnego wyboru. Coz, ma jeszcze dwa tygodnie...

W srode pracowalam z domu, a poniewaz termometry rano pokazaly -15, wiec wiadomo ze zawiozlam mlodziez do szkoly. Objechalam polowe miejscowosci, po czym wrocilam do cieplutkiej chalupy. Fajnie nie byloby wysciubiac z niej nosa, ale zawzielam sie zeby w koncu "zlapac" probke siuskow psiura i zawiezc do weta. Lazilam z psem na smyczy po ogrodzie 15 minut, ale misja zakonczyla sie sukcesem! Teraz trzeba bylo niestety cenny sloiczek przetransportowac do kliniki. Poki co, trafil do lodowki. :D Tego dnia Bi miala kolejny dzien polrocznych zaliczen i ponownie konczyla o 12:08. Na szczescie bylam w domu, wiec powiedzialam zeby dala mi znac kiedy po nia podjechac, pod warunkiem ze bedzie to przez 13, lub po 14, mialam bowiem meeting w srodku dnia. Stwierdzila, ze najlepiej bedzie o 12:40. :D Mialam wiec jeden meeting, potem chwila "normalnej" pracy, jazda po corke i za chwile kolejny meeting, ktory z planowanej godziny przeciagnal sie do 1.5... Akurat skonczylam i przyjechal ze szkoly Nik. Zrobilam sobie chwile przerwy zeby odparowac mozgownice i wstawic lasagne, po czym do domu dotarl M. Pechowo, kiedy bylam z psiurem u weta w grudniu, pani przestrzegla mnie ze mocz musi do nich trafic tego samego dnia, kiedy "zlapie" probke. Klinika czynna do 17, wiec co bylo robic; zostawilam laptoka, modlac sie zeby nikt mnie nie szukal i o 16 pojechalam. Co prawda mogl pojechac M., ale ze dopiero co wrocil, to nie mialam sumienia gonic go dalej, a sam nie proponowal, bo gdzie... Wiedzialam, ze korki beda niemilosierne i sie nie pomylilam, ale dojechalam nawet kilkanascie minut przed zamknieciem. Niestety, pani sprawdzila kartoteke i doszukala sie, ze badanie zlecili ponad 30 dni temu. Wobec tego nie mogli tego podpiac pod caly panel badan i musieli wyslac osobno, a to oznaczalo zaplacenie za badanie pelnej ceny. Cholera. No i o $80 lzejszy portfel. :/ Coz, sama jestem sobie winna, bo moglam zebrac sie wczesniej, ale przed wylotem do Polski nie zdazylam, a po powrocie nie mialam do tego glowy. Wrocilam do domu, gdzie pierwsze co, to sprawdzilam maile z pracy i na szczescie nikt mnie nie szukal. :) Kilka godzin wczesniej dostalam maila (prywatnego), ze na basenie musza wymienic jakas glowna czesc, wiec treningi odwolane sa na reszte tygodnia. Mielismy wiec kolejny leniwy wieczor. Mial proszyc lekko snieg, ale wlasciwie nie osiadac, tymczasem znow spadlo kilka cm i na drogi ruszyly odsniezarki. Mialam tylko nadzieje, ze uprzatna co trzeba przez noc, bo kolejnego dnia musialam byc w biurze.

Rano w czwartek okazalo sie, ze moje nadzieje byly plonne, bo drogi odgarniete byly "na odwal - odpie*rz". Za to chodniki w ogole, bo wiadomo ze te kazdy musi odgarnac sam, a wiekszosc ludzi albo jedzie do pracy, albo nawet nie mysli zeby o 6 rano odsniezac. Mroz troche odpuscil, wiec mialam Kokusia wyslac w koncu normalnie na autobus, ale ze na chodnikach sniegu bylo po kostki, to zlitowalam sie i stwierdzilam ze go zawioze. Panna Bi za to miala dluzsze spanie i pol dnia laby, bo... nie szla do szkoly. Okazuje sie, ze w czwartek byly egzaminy dla tych, ktorzy z jakiegos powodu opuscili ktorys egzamin w jeden z poprzednich dni. Uczniowie, ktorzy odhaczyli wszystkie zaliczenia, mieli... dzien wolny. :O No nie ma po prostu jak chodzic do high school. ;) Dla mnie lepiej by bylo gdyby szla do szkoly, ale o tym za moment. Ona wiec sobie odsypiala, zas Nik i ja zapakowalismy sie do auta i pojechalismy. Normalnie, widzac nieciekawe warunki, zostalabym moze w domu, ale akurat tego dnia miala do biura przyjsc paczka, ktorej odbior mialam pokwitowac podpisem. Co bylo wiec robic... Na szczescie, poza niektorymi nieciekawymi, zle odsniezonymi miejscami, warunki byly znosne. Odstawilam do szkoly syna i dojechalam do roboty. Byla tam "az" jedna kolezanka, ktora zreszta zostala tylko do 10. :D Kiedy ona pojechala, siedzialam jak na szpilkach i nasluchiwalam, bowiem pan z UPS'u czesto puka do tylnych drzwi i ledwie to slychac. Na szczescie uslyszalam i odebralam paczuszke, w ktorej byl... sluzbowy telefon! W ten sposob dorobilam sie kolejnego srajfona. ;) Tak naprawde to nie jest mi on do niczego potrzebny. Wszyscy zreszta mowia, ze te sluzbowe maja wrzucone gdzies do plecaka i wiecznie rozladowane. :D Z entuzjazmem zabralam sie za aktywowanie ustrojstwa i... poleglam. Prosi o zalogowanie sie, wbijam maila z pracy, prosi o haslo i... doopa, bo tego nie mam. Wbilam wszelkie mozliwe haselka i numerki i nic. W biurze oczywiscie takie "tlumy" ze nie ma nawet kogo poprosic o pomoc... :/ Okazalo sie jednak, ze niepotrzebnie sie meczylam, bo pan z IT sam do mnie zadzwonil. Kazdy bowiem, kto dostaje te telefony, ma automatycznie przydzielona osobe do pomocy w aktywacji. Szkoda tylko ze o tym nie wiedzialam... :/ Tak czy siak, ustrojstwo ma tyle zabezpieczen, ze sama w zyciu nie doszlabym jak to wszystko poustawiac. Spedzilam z panem na linii ponad pol godziny, ale w koncu telefon mialam dzialajacy. Tyle, ze do kazdej aplikacji kazal mi wlaczyc powiadomienia, wiec teraz mi dziadostwo co chwila irytujaco plumka. Wracajac do dnia wolnego Bi, panna szkoly nie miala, ale klub narciarski niestety tak. Wszyscy nauczyciele normalnie byli w szkole, wiec nikomu nie przyszlo do glowy zeby go odwolac. To oznaczalo ze trzeba bylo normalnie odstawic sprzet, a mlodziez miala sie o 14:10 stawic na autobus. O ile sprzet mozna bylo podrzucic jak zwykle rano, o tyle Bi musiala sie jakos po poludniu stawic w szkole. Oczywiscie panna strzelila focha, ze na piechote nie pojdzie (bo sie zmeczy...), a M. z kolei burknal ze on sie nie bedzie z pracy zwalnial zeby ja odwozic. Super. Czyli komu przyszlo ratowac sytuacje? Mi oczywiscie! Wyszlam z biura o 13 i pojechalam do domu, modlac sie zeby nikt mnie pilnie nie szukal w czasie, kiedy bede jechac. W sumie moglam pannie powiedziec stanowczo, ze korona jej z glowy nie spadnie jak sie przejdzie, no ale. Mietka jestem. :D W chalupie czym predzej sie zalogowalam i ufff... na szczescie nikt nie pisal. Zawiozlam Bi na autobus, choc tu akurat obrocenie w ta i z powrotem zajmuje ledwie 10 minut. 

Panna wyciaga plecak i narty i krzywi sie, ze dlaczego pstrykam zdjecia :D

Chwile posiedzialam nad aplikacjami, ale potem postanowilam skorzystac z tego, ze mamy +3 stopnie i slonce i oczyscic podjazc ze sniegu, ktory spadl poprzedniego wieczora. Widzialam, ze u sasiadow, ktorzy musieli odsniezyc rano, podjazdy sa suche, wiec mialam nadzieje ze i u nas obeschnie. To byla taka glupiego robota, bo co chwila przerywalam zeby pojsc do domu i sprawdzic kompa. Za to snieg i lod na podjezdzie byly miejscami tak ugniecione przez auta, ze nie dalo sie tego ruszyc. Odszuflowalam ile dalam rade, a reszte mam nadzieje roztopi slonce, bo tam zawsze przygrzewa, nawet jesli temperatury sa teoretycznie ujemne. Wrocily chlopaki, przy czym M. wszedl na raptem 15 minut, bo na 16 Nik mial polroczna kontrole u dentysty. Tym razem powiedzialam ze nie bede ryzykowac i odchodzic od kompa o prawie godzine wczesniej. Malzonek pojechal wiec z synem i potem nawet bylo mi go troche zal, bo wizyta powinna im zajac nie wiecej niz pol godziny, tymczasem w przychodni mieli jakies opoznienie i razem z dojazdem nie bylo ich prawie dwie. :O To niestety nie byl koniec wariactw na ten dzien, bowiem Nik mial trening koszykowki na 19. To nie problem; zawiozlam go i wrocilam do domu. Tyle ze konczyl o 20, a rowniez mniej wiecej o tej porze Bi wraca z nart. Oczywiscie na przeciwleglych koncach naszej miejscowosci, bo jakby inaczej... Coz, sa takie wlasnie sytuacje, gdzie sie nie rozdwoje. M. ostatnio kladzie sie przed 19, ale tym razem musial wytrzymac do 20, odebrac Bi i dopiero mogl isc spac.

A samej kladac sie spac, napotkalam u Kokusia znajomy widok

Piatek oznaczal pelny dzien szkoly wreszcie dla obojga dzieci. Bi oczywiscie ciezko wzdychala, ale ja sie cieszylam, ze wracamy do normalnego grafiku. I tak na niedziele zapowiadaja jakas straszna sniezyce, wiec wyglada ze w poniedzialek moze nie byc szkoly. Nie wiem jak ta mlodziez w high school moze sie wdrozyc w systematyczna nauke kiedy caly czas maja jakies skrocone lekcje i wolne dni... Postanowilam pracowac z domu, a ze rano termometr pokazal -6, to stwierdzilam ze zawioze Potworki do szkoly. Tego dnia klub narciarski Kokusia odwolano z powodu szkolnego balu, z racji, ze w poprzednich latach polowa dzieciakow z klubu i tak wybierala tance. Co ciekawe, Mlodszy, ktory rok temu oznajmil, ze mowy nie ma zeby sie dal namowic na jakis tam bal, w tym roku idzie. :D Umowil sie z kolegami i bedzie to dla nich po prostu okazja do spotkania towarzystkiego. Problem w tym, ze on rosnie teraz w takim tempie, ze wszystko nagle robi sie za krotkie. Powiedzialam mu ponad tydzien temu zeby przymierzyl ciuchy, w ktorych chce isc, bo w razie czego bedzie czas jechac na zakupy czy cos zamowic. Myslicie ze przymierzyl? Taaa... Dzien mijal mi szybko, na probie zaliczenia kolejnego szkolenia. Wkurzylam sie, bo przerobilam jeden z rozdzialow, przeszlam test, a pozniej musialam oddac kontrole nad kompem pani z IT zeby naprawila mi jedna z aplikacji. Kiedy ponownie otworzylam szkolenie (ktore powinno automatycznie zapisywac gdzie skonczylam) okazalo sie, ze zawieszalo sie i nie chcialo otworzyc tam gdzie bylam. Musialam zaczac od nowa, lacznie z testem. :/ Na szczescie zaliczylam, ale i tak mialam ochote pie*rznac tym szkoleniem i wylaczyc kompa. Spodziewalam sie, ze Bi znow zostanie w szkole gdzies do 16, ale o dziwo napisala zebym przyjechala po nia o 14:50. Wszystkie kolezanki mialy jakies zajecia, to nie bylo po co siedziec samej. ;) W czasie kiedy ja szybko podjechalam po corke, ze szkoly wrocil Nik. Szybko jeszcze przynioslam troche drewna na wieczorne palenie w kominku, po czym zasiadlam dalej przed szkoleniami. Rowniutko o 16:30 zamknelam laptoka, ladowarke wrzucilam do plecaka, po czym popedzilam na zakupy. Zabrala sie ze mna Bi i kiedy dojechalysmy do supermarketu, obie przezylysmy w szok! Wiadomo, ze w telewizji oraz necie trabia o strasznej, rekordowej sniezycy, ktora ma nas nawiedzic w niedziele, ale ja oraz M. podchodzimy do takich rewelacji raczej ze wzruszeniem ramion. Jakies zapasy mamy, bo nigdy nie kupujemy jedzenia na styk, wiec jechalam na takie zwykle, tygodniowe zakupy. Tymczasem pod sklepem pelny parking! Ludzie kraza zeby znalezc miejsce! W sklepie polki opustoszale: nie ma chleba, nie ma miesa, nie ma sera, nie ma jajek z wolnego wybiegu, nawet mojego mleka migdalowego bez dodatku cukru nie ma! Przebrane jablka, a nawet ziemniaki. :O Ludzie szykuja sie jakby mieli utknac w chalupie na miesiac, a nie na 1-2 dni... W kazdym razie, kupilysmy co sie dalo, po czym w korkach wrocilysmy do domu. Ledwie zdazylam rozpakowac torby, a dla Kokusia przyszedl czas jazdy na "bal". Na szczescie jego oraz jeszcze innego chlopca, zabrala mama jednego z kolegow.

Chlopak kategorycznie odmowil zapozowania, wiec fota pstryknieta z zaskoczenia. :D Jak pisalam wyzej, koszula nieco przykrotka, ale sam jest sobie winien

Ja zaoferowalam, ze chlopakow odbiore. Mialam wiec taki troche wieczor do pupy, bo na 20:45 musialam zasuwac do szkoly. Tam rece mi opadly, bo kolejka do odebrania dzieciarni, stala zygzakiem przez caly parking az na ulice. Dwa razy dzwonil do mnie syn gdzie jestem, bo czekali na zewnatrz i bylo mu zimno. Coz, przed wyjsciem mowilam zeby wzial cieplejsza kurtke, ale nie. Zalozyl taka zupelnie nieocieplana. W ogole, gdyby nie ochrzan, poszedlby przy -5 stopniach w krotkim rekawku. :O A teraz mu ziiiimno... Zrobilam koleczko po miasteczku bo jeden z chlopcow mieszka w zupelnie innej czesci niz my, po czym w koncu moglam wrocic na dobre do domu i zasiasc przy ogniu. Na szczescie, przed wyjsciem wrzucilam do kominka wieksza klode, wiec kiedy dojechalam jeszcze sie lekko palila.

Trzymajcie kciuki zeby nas kompletnie nie zasypalo! ;)   

niedziela, 18 stycznia 2026

Krotko o tym co tuz przed wyjazdem i wracamy do szalonej codziennosci

Sobota, 20 grudnia, rozpoczela sie od dluzszego spania dla calej rodziny. Nawet M. mial wolne. 

Wpusccie ludzie, wlochate dupki nam sie odmroza!!!

Tym razem Nik mial mecz juz na 10, a przy tym w innej miejscowosci, wiec strasznie dlugo wylegiwac sie tez nie moglismy. Szykowanie szlo tak opornie, ze wyjechalismy z Kokusiem na ostatnia chwile i na miejsce dotarlismy idealnie na rozpoczecie meczu. Przez to niestety, kiedy gral w pierwszej cwiartce, widac bylo po Niku, ze jest troche "sztywny", nierozgrzany. Mlodszy nigdy nie mial takich pewnych, stanowczych ruchow, zawsze wydaje sie nieco wycofany, ale mam wrazenie, ze teraz, kiedy tak szybko rosnie, jeszcze bardziej nie wie co poczac z tymi dlugimi konczynami. Taki jakis "niezgrabny" sie zrobil. :D Pozniej jednak sie rozruszal i gral tak intensywnie, ze raz czy dwa przeciwna druzyna dostawala rzut wolny, bo kogos lekko sfaulowal. ;) W koncu tez udalo mu sie strzelic i trafic do kosza! Dotychczas czesto probowal, ale byly pudla, a teraz w koncu trafil.

Szkoda, ze fota wyszla mi zamazana i widac na niej, ze celowal, ale nie uchwycilam momentu "gola"

Co ciekawe, wcale nie byl szczegolnie zadowolony i twierdzi ze i tak woli byc w obronie niz napasci. Ogolnie, to gra byla tym razem baaardzo nierowna, bo przeciwna druzyna okazala sie... slabiutka. Serio, pod koniec juz wysylalam naszym chlopakom telepatyczne wiadomosci, zeby troche odpuscili i dali tamtym strzelic. Mam mietkie serce i az szkoda mi bylo tych chlopaczkow, bo starali sie ze wszystkich sil i bezskutecznie. Zostali doslownie zmiazdzeni, bo zespol Kokusia wygral 45:16. :O Po meczyku zajechalismy do sklepu kupic karty podarunkowe, bo Nik chcial dokupic sobie cos z jakiejs gry, chcialam tez mu kupic jakas pod choinke, a dodatkowo dla listonosza. Po mojej przygodzie z tym "cudownym" urzedem rok temu, przekonalam sie, ze ludzie dosc czesto daja listonoszom ze swojej trasy drobne upominki, najczesciej wlasnie karty podarunkowe i obiecalam sobie pamietac zeby dac cos naszemu, mimo ze zdarza mu sie rzucic czasem paczka. ;) Przyznaje, ze troche mnie to wpienia, ale z drugiej strony, przekonalam sie na wlasnej skorze jak niewdzieczna i zwyczajnie ciezka jest to robota, wiec troche go rozumiem. Jak sie ma do dostarczenia ponad 100 paczek i paczuszek, to nic dziwnego ze czasem ma sie ochote czyms pierdzielnac. ;) W kazdym razie, po zakupie kart podjechalismy do Dunkin' bo Mlodszy jeczal o cos do picia, a wygrany mecz wypadalo "oblac". :D Pozniej odstawilam syna do domu, a sama pojechalam do banku zeby wybrac troche kaski, nastepnie zas zajechalam umowic sie na... paznokcie. ;) Kiedy wreszcie dotarlam do domu, zabralam sie za wielkie pranie. Trzeba bylo zaczac pakowanie do Polski, ale najpierw musialam poprac wszystko co zalegalo w brudowniku. Nie pamietam kiedy ostatnio zrobilam tyle ladunkow jeden po drugim. Dzieki losowi za automatyczna suszarke, inaczej byloby to zwyczajnie niemozliwe! A tak, do wieczora uporalam sie z wiekszoscia brudow. Na niedziele zostal mi tylko jeden ladunek do poskladania i jeden do wstawienia. W miedzyczasie mialam krotka przerwe, bo pojechalismy do kosciola, ale dobrze sie w nia wstrzelilam, bo akurat i pralka i suszarka chodzily. Kiedy wrocilam, mialam akurat jeden ladunek wysuszony i drugi do przelozenia do suszarki. Upieklam tez chlebek bananowy, bo kolejnego dnia mial oczywiscie wpasc moj tata, a poza tym mielismy akurat 4 przejrzale banany, ktore trzeba bylo zutylizowac przed wyjazdem; inaczej mozna by je bylo po prostu wyrzucic.

W niedziele znow mogl czlowiek pospac.

Kiciul przyszedl rano sie pomiziac i smutno zrobilo sie na mysl, ze zostawiamy ja na dwa tygodnie...

Na dzien dobry czekalo na mnie kolejne pranie do poskladania i do wstawienia. Na szczescie to juz bylo ostatnie przed wyjazdem. Wypadalo zaczac sie pakowac, ale motywacja siegala dna. Walizki. :D W dodatku przyjechal oczywiscie tata, bo musialam mu zrobic bezrobocie, wiec wiadomo ze nie odpuscil. I przesiedzial u nas 3 (!) godziny, mimo ze staralam sie dawac mu delikatne aluzje, ze pakowanie czeka. Niestety, nie dotarlo... Dopiero o 15, kiedy musialam sie z Bi zbierac do wyjscia, senior rowniez pojechal. Z corka zas jechalysmy wlasnie na wspomniane wyzej paznokcie. :) Moje sa niestety bardzo brzydkie. Nie maja ksztaltu, sa plaskie i bardzo miekkie, wobec tego zaginaja sie niczym szpony. Fortune wydalam na wszelakie odzywki oraz suple i doopa. Taka moja (nie)uroda. W dodatku, zwykle lakiery kompletnie sie na moich paznokciach nie trzymaja. Zazwyczaj juz nastepnego dnia schodza calymi platami. Dlatego na wyjazd postanowilam zrobic sobie zelowe, w nadziei ze wytrzymaja wiekszosc z 2-tygodniowej wizyty w Kraju. Wybralam tylko inny salon, bo poprzednim razem nawet zelowy lakier odprysl mi juz pierwszego popoludnia, a nie mialam czasu wrocic i zlozyc reklamacji. No i spytalam corke czy ma ochote wybrac sie na "prawdziwe" pazurki. ;) Jasne, ze miala. Tyle ze, zupelnie nie myslac, dzien wczesniej... obciela paznokcie! :O Zamiast zostawic paniom pole do popisu, zeby mogly je ladnie wymodelowac, to ona sciela je niemal do zera. Nie mowiac juz o tym, ze jeszcze z miesiac wczesniej, panna cieszyla sie ze na Swieta bedzie mogla przyczepic takie przyklejane, zeby byly dluzsze. Do skrzypiec musi miec je bowiem bardzo krotkie, inaczej przeszkadzaja. A tu prosze, wiedziala ze pojedziemy zrobic manicure, a obciela je i tyle... Tak czy siak, pojechalysmy i ja wybralam czerwone i blyszczace - takie naprawde swiateczne. Bi wziela... zielone. I to nawet (jak dla mnie) niezbyt ladny ten zielony, bo taki szarawy, smutny. Tak jednak wybrala i coz. ;) Po powrocie trzeba juz bylo naprawde zaczac wyciagac z szaf ciuchy do spakowania. Motywacja byla nadal na poziomie -10 i szczerze, to zaczelam pluc sobie w brode ze zdecydowalam sie na ten wyjazd i to w dodatku zima. :/

Oreo uznala najwyrazniej, ze jedzie z nami ;)

Poniedzialek byl juz dniem naszego wyjazdu. Tym razem jednak lot mielismy dosc pozno, co oznaczalo ze rano spokojnie dopychalam w walizki ostatnie rzeczy, zawiozlam psiura do taty na "wakacje", a M. pojechal nawet na pare godzin do pracy. Potem, w drodze z Maya, odstawilam go pod wypozyczalnie aut, zeby zalatwil juz transport. Tym razem dostalismy Toyote Camry i okazala sie nie tylko bardzo wygodna, ale jeszcze z rewelacyjnym bagaznikiem. Zostawilam jeszcze tylko instrukcje oraz jedzenie dla kota i o 13 rozpoczelismy baaardzo dluga droge, czyli wyjechalismy na lotnisko. ;)

O tym, jak spedzilismy czas w Polsce bylo w poprzednim poscie, a teraz juz przeskakujemy do wtorku, 6 stycznia, kiedy to ponownie postawilismy stopy na hamerykanckiej ziemi. :)

Do domu dojechalismy z Bostonu okolo 22:30, wymordowani nieziemsko, bo bylismy przeciez po 18 godzinach w podrozy. Potworki znalazly cos do przekaszenia w czelusciach szafek, a ja bylam tak zmeczona, ze nawet nie jadlam. Wyjelam z walizek to, co konieczne (jak kupione dla taty oraz chrzestnego dzieciakow oscypki) i walnelam sie spac. O matko! Nie macie pojecia jak cudownie spalo sie na wlasnym, wygodnym lozku! U tesciow spalismy z M. na rozlozonej wersalce. Byla calkiem wygodna, nie powiem, ale potwornie waska. Nie bylo nawet jak wygodnie wysunac reki czy nogi. U mojej siostry lozko bylo szersze, ale cos w nim puscilo i wygina sie w palak. W rezultacie, oboje ciagle turlalismy sie do srodka i jedno przepychalo drugie. Kiedy wiec w koncu rozlozylam sie na swoim szerokim i prostym materacu, malo nie uronilam lez szczescia. :D

Reka do gory kto pomyslal, ze M. pojechal w srode do pracy?! Tym, ktorzy odpowiedzieli twierdzaco, gratuluje! Poznalyscie juz troche mojego pracoholika! :D Tak, malzonek przespal zawrotne 3 godziny i pojechal do roboty, zeby (wedlug wlasnych slow) odpracowac wakacje. Bardzo ciekawe, bo przez to, ze malo co robilismy, wyjatkowo wydalismy w Polsce niewiele kasy. Potworki i ja pospalismy znacznie dluzej, choc bedac na polskim czasie, cala nasza trojka zbudzila sie juz okolo 7 i tyle bylo spania. Jak tylko zjadlam sniadanie i jako tako sie ogarnelam, popedzilam po Maye. Moj tata, jak to moj tata, nie daje tak popalic jak matka, ale tez ma swoje za uszami. Wie, ze dopiero co przylecialam, ze musze jechac na zakupy i ogarnac rozpakowywanie. I co? Jeszcze musialam mu wypelnic podanie do bezrobocia, bo maja takie dziwne zasady, ze poprzednie wygasa na poczatku nowego roku i trzeba je od nowa aktywowac. Moglo to spokojnie poczekac kilka dni do niedzieli, ale nie, bo wtedy kasa moglaby wplynac z opoznieniem. No straszne po prostu... W kazdym razie, zrobilam to bezrobocie, zabralam siersciucha i przyjechalam do domu, gdzie wypuscilam czworonoga, zgarnelam Bi i pojechalysmy na zakupy, bo w lodowce mielismy tylko swiatlo. Po drodze jeszcze wsadzilam do skrzynki sasiadow koperte z kasa dla ich corki, za opieke nad Oreo. Ktora nota bene kompletnie nam sie "udomowila". Teraz juz zaczyna pomalu odkrywac bardziej podworko, ale przez pierwsze kilka dni po naszym powrocie, nie chciala wychodzic kompletnie. Niby szla do drzwi, ale kiedy je otwieralismy, natychmiast sie odwracala i uciekala. :O Podejrzewam, ze podczas naszej nieobecnosci, ona wlasciwie nie wychodzila. Kot bowiem, jak to kot. Nieraz trzeba jej drzwi trzymac uchylone dluzsza chwile. Nieraz otwierac je co kilka minut az kiciul sie zdecyduje wyjsc... A sasiadka pewnie otwierala drzwi, kot sie czail niewiadomo na co, wiec stwierdzala ze jednak nie chce wyjsc, zamykala je i tak Oreo spedzila 2 tygodnie zamknieta w chalupie... Po powrocie z zakupow, zabralam sie juz powaznie za rozpakowywanie oraz pranie. Dzieki temu ze pralam ciuchy regularnie u tesciow oraz siostry, to na szczescie wiekszosc rzeczy musialam tylko przelozyc do szaf. Nawet to jednak, troche czasu zajelo. Poza tym, wypisalam pare rachunkow, ktore mialy niedlugi termin platnosci, a przy okazji wsadzilam wreszcie w koperte recepte na nowe tabletki psiura. Do dupy, ze w XXI wieku, nasz wet stwierdzil ze zatwierdzanie recept wirtualnie to ciagle jakies problemy i daje tylko normalne - papierowe. Normalnie byloby mi wszystko jedno, tyle ze wyslanie takiej recepty to juz strata kilku dni. W koncu z roboty wrocil M., a Nik juz na niego czekal. Nie pisalam w poprzednim poscie, ale Mlodszy policzyl kase ktora mial w skarbonce, do tego to, co dostal od dziadkow, a jeszcze u wujka wymienil sobie wszystkie (rowniez otrzymane od dziadkow) zlotowki na dolary i wyszlo mu ze ma wystarczajaco kasy na McBook'a. Wiercil nam o to dziure w brzuchu juz od jakiegos czasu i bylismy z M. sklonni moze nawet mu sie dolozyc, ale kiedy zacznie high school, bo wtedy wlasny laptok moze mu sie realnie przydac. Nie, Nik uparl sie, ze chce teraz. Wczesniej mielismy argument, ze nie styknie mu kasy, a narazie mu nie dolozymy. Poniewaz jednak chlopak uskladal sobie cala sume, to co bylo robic. Ojciec zamowil mu ten nieszczesny komputer jeszcze z Polski i do odebrania byl zaraz po powrocie. Mimo wiec, ze M. byl po trzech godzinach snu, to jeszcze popedzil z synem do sklepu... ;) Wieczorem wszyscy wczesnie padlismy, bo po pierwsze, nadal bylismy na polskim czasie, a po drugie wiedzielismy ze kolejnego dnia czekal nas juz powrot do kieraciku.

Jak zaczac powrot do rzeczywistosci, to z przytupem. W czwartek Bi wracala do szkoly i na dzien dobry miala pierwszy wyjazd na stok z klubem narciarskim. Oznaczalo to, ze rano musialam ja zawiezc do szkoly ze sprzetem, a wtedy wiadomo, zabral sie z nami tez Nik. Zreszta, akurat jego szkole to mam niemal idealnie po drodze do pracy. Odstawilam Potwory, a pozniej popedzilam do biura. To jak zwykle bylo niemal wymarle i oprocz mnie byla tam tylko jeszcze jedna nowa dziewczyna. Dzien zlecial szybko, bo po 2-tygodniowej przerwie wlasciwie poznawalam wszystko od nowa, a w dodatku okazalo sie, ze moj szef jest na wakacjach do poniedzialku. Po pracy dojechalam do domu, gdzie oczywiscie juz urzedowali Nik z M., bo Starsza szusowala. Poniewaz w sobote nie bylo meczu koszykowki, a za to Mlodszy byl zapisany na zawody plywackie, wiec stwierdzilam, ze zamiast na trening kosza, powinien raczej pojechac na basen. Tym bardziej, ze przed wyjazdem Potworki tez opuscily chyba ze dwa tygodnie (juz nie pamietam dlaczego), wiec tak naprawde to nie plywal niemal miesiac. Niestety, trening konczyl sie mniej wiecej w czasie, kiedy wracala Bi i trzeba ja bylo odebrac spod szkoly. Liczylam na to, ze M. odbierze jedno, a ja drugie, ale po poprzednim dniu byl tak wymordowany, ze padl przed 19. Kazalam wiec Kokusiowi wyjsc z treningu wczesniej, po czym popedzilismy razem po Starsza. Na szczescie w high school zostawiaja szkolne plecaki w jakiejs klasie czy szatni, wiec po przyjezdzie musieli jeszcze po nie podejsc, co dalo mi czas zeby dojechac. Starsza wrocila bardzo zadowolna, choc oczywiscie zmeczona, a tu kolejnego dnia czekala ja normalnie szkola...

W piatek narty mial, dla odmiany, Nik, wiec rano ponownie zawozilam dzieciaki do szkol, bo wiadomo ze jak wiozlam Kokusia, to Bi bylaby niepocieszona, gdybym jej nie wziela. Na szczescie tego dnia pracowalam z domu, wiec na spokojnie ich rozwiozlam po placowkach i wrocilam do chalupy, gdzie odpalilam kompa i staralam sie byc produktywna. Niestety, dostalam wiadomosc od tej innej nowej dziewczyny z mojego biura, ze zmieniaja sie zasady pracy z domu i nowym osobom nie wolno tego robic przez pierwsze 90 dni. Co prawda nowe zasady nie weszly jeszcze w zycie, ale jej szef juz zawczasu kazal przyjezdzac do biura. Mojego szefa nie bylo, a o nowych zasadach nie wiedzialam, wiec dzien wczesniej napisalam tylko ze pracuje z domu i tak zrobilam. Ups... ;) Punkt 16:30 wylaczylam kompa i wyjechalam z domu, bo tradycyjnie zapisalam sie jako opiekun w klubie narciarskim w middle school. Uprzedzilam nauczycielke, ze niestety akurat zmienilam prace, wiec dam rade dojechac dopiero okolo 17. I faktycznie o tej porze dotarlam na stok. Okazalo sie przy okazji, ze jestem jedynym rodzicem, ktory sie zglosil! :O Na szczescie to juz praktycznie mlodziez, wiec ogarniaja sie sami. Moglam wiec spokojnie jezdzic i pomoglam dopiero na koniec, idac pierwsza do autokaru i zaznaczajac na liscie powracajacych uczniow.

Mlodszy cos do mnie gada 

Pierwszy dzien klubu jednak nie nalezal do zbyt udanych (dla mnie), a wszystko przez... pogode. Juz kiedy jechalam na stok, zaczelo kropic. Na miejscu, cala reszte wieczora, padala upierdliwa, rowna mzawka. W dodatku bylo na tyle cieplo, ze snieg zaczal parowac i zrobila sie mgla. W ktoryms momencie juz nie wiedzialam czy nic nie widze przez mgle, czy okulary mam cale brudne od ciaglego wycierania. W dodatku, na krzeselkach od wyciagu porobily sie kaluze i po jakims czasie spodnie (choc niby nieprzemakalne) mialam dokumentnie przesiakniete, jak rowniez getry pod nimi oraz majty. :D Woda dostala sie tez pod mankiety kurtki (niedokladnie zakrylam je rekawicami) i zrobilo mi sie mokro, zimno i niekomfortowo. Gdzie zwykle jezdze jak najdluzej, to tego dnia, mimo ze dotarlam tam pozno, juz po godzinie wolalam sie zaszyc w cieplutkim, suchym budynku. Pozniej musialam jeszcze pomoc nauczycielce w odhaczeniu wracajacych dzieciakow, czyli pomaszerowalam do autobusu i zaznaczalam na liscie kto wrocil. Tak naprawde to mlodziez odhaczala sie sama, bo przy tylu nazwiskach z roznych krancow swiata, najlatwiej bylo mi wreczyc im kartke i nakazac "zaznacz sie". ;) Po powrocie do domu, pierwsze co, to jak najszybciej zdjac mokre ciuchy, wypakowac plecaki (bo w nich tez wszystko ociekalo woda) i w koncu sie zagrzac. Byl piatek, ale niestety, na kolejny dzien Nik zapisany byl na zawody, wiec nie bylo ani poznego siedzenia, ani swiadomosci, ze w sobote spimy do oporu. ;)

Kogos tu narty (oraz roznica czasu) ostro wymordowaly :D

Sobota oznaczala wiec pobudke o 7, bo choc zawody byly na 9, to w miasteczku oddalonym od nas o 45 minut jazdy, trzeba wiec bylo wyjechac krotko po 8. O dziwo Nik sam chcial jechac. Pytalam go kilka razy wczesniej, bo wiedzialam ze bedziemy dopiero kilka dni po podrozy, a dzien wczesniej bedzie mial narty. Chcial wziac udzial i dopiero w sobote rano oczywiscie zaczal wzdychac ze fajniej byloby zostac w domu... ;) Tak jak pisalam w czwartek, Mlodszy nie chodzil na treningi przez prawie miesiac, wiec trener nie byl pewien czy faktycznie sie pojawi. Wobec tego wpisany byl tylko na dwa wyscigi indywidualne i dwie sztafety.

Najlepsza czescia zawodow to oczywiscie czas na socjalizacje 

Zaleta bycia w najstarszej grupie wiekowej jest to, ze ma sie malo konkurencji. Druzyny zazwyczaj maja cala gromade maluchow, a im dzieciaki starsze, tym ich mniej. W naszej, oprocz Kokusia bylo jeszcze trzech chlopcow +13, zas przeciwnicy mieli dwoch. Niestety, wada bycia w grupie 13 wzwyz, jest to ze przekroj wiekowy to 13-18, wiec nie wiesz z kim bedziesz sie scigal. I w swoich dwoch wyscigach, Nik plynal przeciwko 15-latkowi. To nie jakas wielka roznica, ale chlopak byl juz zupelnie inaczej zbudowany niz chudy 13-latek - wyzszy o glowe i z szerokimi barami. Oczywiscie Nik w obu przypadkach zajal drugie miejsce, choc trzeba przyznac, ze deptal tamtemu "po pietach" i wcale nie byl bardzo daleko w tyle.

Nik wylania sie z wody. Ten rozbryzg przed nim to wlasnie tamten kawaler, dalej kolejny, a zaraz w pierwszej ode mnie linii plynela jakas dziewczyna, ktora tez niezle dawala rade 

Po zawodach zrobilismy male koleczko, bowiem Mlodszy oznajmil, ze nalezy mu sie bubble tea za wysilek. :D W domu mielismy troche czasu na relaks, ale pod wieczor jechalismy na msze. A po powrocie szybko wzielam sie za placek z jablkami, bo w niedziele oczywiscie przyjezdzal dziadek, a w dodatku zostaly nam jablka sprzed 2 tygodni, ktore niestety robily sie juz pomarszczone i kapciowate. ;)

Komus sie tu znow zasnelo ;)

Niedziela byla tak spokojna i leniwa, jak byc powinna. Przyjechal moj tata oczywiscie, posiedzial okolo trzech godzin i pojechal. Zmienilam tez posciel bo mialam to zrobic tuz przed wyjazdem, ale wylecialo mi z glowy. Poza tym to juz blogie nicnierobienie. Zastanawialam sie tez co zrobic z kolejnym dniem. W czwartek wyslalam szefowi maila, ze w poniedzialek planuje pracowac z domu, ale po piatkowej wiadomosci ze nam nie wolno, zwatpilam. Ostatecznie uznalam ze jednak pojade do biura i zobacze co sie wyklaruje.

Przyszly jakies przesylki z Amazona i zanim zdazylam rozciac i wyrzucic pudla, Oreo skorzystala z najlepszej miejscowki ;)

W poniedzialek wiec niestety czekala mnie poranna pobudka i pospieszne szykowanie sie, bo na 8 rano mialam wirtualne spotkanie z szefem. Pedzilam ze wszystkim na wariata, klnelam na powolnych kierowcow na drodze, rece mi sie trzesly kiedy logowalam sie na aplikacje zeby zaplacic za parking, wpadlam jak burza do biura, odpalam kompa, a tam... meeting o 8:30!!! :D Przynajmniej mialam czas zeby spokojnie zrobic sobie kawe i przejrzec maile. ;)

Przyczepilam sobie zdjecia Potworkow zeby sie troche "zadomowic". Musze dodac jeszcza jakies dekoracje, zeby to biuro stalo sie bardziej "moje"

Tego dnia, w biurze, poza mna byly "az" dwie osoby. ;) Staralam sie byc w miare produktywna, choc narazie mam oczywiscie tylko roznego rodzaju szkolenia. No i proby sciagniecia wszelakich aplikacji, a tych potrzebuje bez liku. Niestety, to takie szukanie czegos do zrobienia na sile, a poza tym, wszystko szlo na opak. "Bilety" wysylane do obslugi klienta (czyli pracownikow) byly niby zakonczone, a aplikacje dalej nie dzialaly. Miedzy innymi ta, zeby zlozyc podanie o korpo karte kredytowa. Mojego szefa "olsnilo" tego dnia, ze nie mam karty kredytowej, a zeby jechac na inspekcje z innym inspektorem, bede musiala zatrzymac sie w hotelu. Ta bowiem odbedzie sie okolo 2 godzin od mojego domu i zajmie minimum 3 dni. Na 4 godziny (i to bez korkow) dziennie za kierownica to ja sie nie pisze... Wlasciwie sklonna bylabym zaplacic wlasna karta i potem zglosic o oddanie kasy, ale chyba arcy-wazne, federalne przepisy takiej okolicznosci nie przewiduja. Musze miec karte korpo i juz. ;) A widze, ze szefowi jakos strasznie zalezy zebym pojechala na ta inspekcje. Jak najszybciej chce szkolic ludzi "w terenie". Tymczasem strona do aplikacji o karte nie dzialala i rob se co chcesz. Zglosilam problem, dostalam "bilecik" od IT i moglam tylko czekac. Po powrocie do domu, spotkala mnie niemala niespodzianka, ale z tych przyjemnych. Dostalam mianowicie list od Stanu, ze w zwiazku z bardzo dobrymi wynikami w nauce Bi, zachecaja zeby w high school brala przedmioty o programie na poziomie college'u. Co ciekawe, chodzilo im o wyniki z middle school, a przeciez w VII klasie Starsza mordowala sie z rozszerzona matma. ;)

Jak tu nie byc dumnym? 

Ogolnie jednak, choc list polechtal oczywiscie moje matczyne "ego", to te przedmioty z poziomem powyzej szkoly sredniej, to nie taka prosta sprawa. Szkola niektore oferuje, ale trzeba najpierw wziac jakies wieczorne lub wakacyjne kursy. Nawet juz je probowalam odszukac, ale bezskutecznie. Bi miala spytac doradce zawodowego, ale zastanawia sie (a ja z nia), czy warto. Panna i tak bierze juz prawie wszystkie przedmioty na poziomie "rozszerzonym" i z taka np. fizyka, ma spore trudnosci. A tamte poziomy sa jeszcze wyzsze. Zaliczenie ich moze zapunktowac przy skladaniu podan na studia, ale z drugiej strony, jesli skonczy sie na marnej ocenie, poleci to po sredniej... Poki co temat mamy w zawieszeniu, za to Bi urzadzila awanturke przy samym wyborze przedmiotow na kolejny rok szkolny. Tak, juz teraz musza dokonac wyboru, bo szkola potrzebuje czasu na ulozenie grafikow. Niestety, kiedy kazdy uczen ma wlasny, indywidualny plan, ulozenie tego w jakas logiczna calosc, to musi byc nie lada wyzwanie... W kazdym razie, czesc przedmiotow ma sie obowiazkowa, jak angielski, "zwykla" matme, hiszpanski oraz historie. Do tego dochodza przedmioty dodatkowe. W kolejnym roku nie bedzie juz miala fizyki, ale za to wpisana zostala na rozszerzona chemie. Do tego musiala wybrac sobie kolejne 3 przedmioty. I panna wybrala dwa rodzaje ekonomii i kolejne cos matematyczne. Nie pamietam juz do to bylo. Tlumcze wiec, ze w ten sposob, w 10 klasie umrze z nudow. Bi wykloca sie, ze ma tabele z wymaganiami do ukonczenia szkoly i tam jest napisane ile przedmiotow musi wziac z jakiej dziedziny nauk i te akurat musi wziac. No to mowie, ze przeciez ma jeszcze 3 lata szkoly, wiec dlaczego nie urozmaicic sobie troche grafiku i nie wziac czegos bardziej powiazanego z medycyna czy biologia. Nie, bo ona chce juz miec z glowy przedmioty, ktorymi nie jest zbyt zainteresowana, zeby potem juz skupic sie na tym, co lubi. Nie powiem ze to kiepska logika, przekonuje jednak ze jesli bedzie miala ciagle, w kolko nielubiane przedmioty, to szybko znienawidzi szkole. Oczywiscie z Bi nie ma czegos takiego jak spokojna rozmowa, zaczyna tupac i krzyczec, wiec w koncu sama stracilam cierpliwosc i wyslalam ja do jej pokoju. :D A pozniej panna i tak musiala wziac jakis biomedyczny przedmiot, bo okazalo sie, ze trzeba go zaliczyc 3 lata pod rzad. ;) Wiem, ze te zasady maja zagmatwane. Pewnie jak Wam tak pisze, to wychodzi kogel mogel, ale niestety, sama sie tego ucze na wlasnych dzieciach. ;) Wracajac jednak do poniedzialku, czas byl zeby oba Potworki wrocily na treningi na basenie. Bi pojechala oczywiscie ciezko wzdychajac i patrzac (na mnie!) z wyrzutem, ale kiedy powiedzialam ze moge ja wypisac, oznajmila ze chce chodzic zeby trzymac forme, wiec sie zmusza... Tylko dlaczego ja musze znosic jej przewracanie oczami? ;) Na szczescie tego dnia M. pojechal tez na silownie, wiec nie tylko nie musialam ich wozic, ale jeszcze mialam chwile dom dla siebie.

Wtorek to ponownie jazda do biura, gdzie poza mna byla "az" jedna osoba! :D Normalnie czlowiek mial ochote chodzic na paluszkach, bo pomieszczenia niczym wymarle. Dzien ponownie spedzilam na wirtualnych szkoleniach, a pozniej na wysylaniu kolejnych bilecikow do IT.

Uczylam sie m.in. czego nie robic prowadzac sluzbowe auto :D 

W domu powtorka z poprzedniego dnia, bo Potworki mialy basen. Tym razem M. stwierdzil ze nie jedzie na silownie, wiec tylko ich podwiozl, a ja potem odebralam. Okazalo sie, ze zapomnialam o mailu otrzymanym kiedy bylismy w Polsce i tego dnia dzieciaki mialy cwiczenia na "suchym ladzie". Nik byl zawiedziony i zly, za to Bi zachwycona, bo stwierdzila, ze to bylo jak zajecia fitness. :D

Kolejny wieczor, kolejne padniecie przy zapalonym swietle :D

W srode za to, w biurze byl niemal tlok, bo poza mna przyjechalo jeszcze PIEC osob! :D Przynajmniej bylo z kim pogadac, na lunch kilkoro z nas usiadlo razem w sali konferencyjnej i choc raz czuc bylo ze to miejsce pracy, a nie jakas samotnia. Dzieki temu dzien minal ekspresowo. Przyszla tez moja oficjalna "odznaka". Bede ludziom podstawiac pod nos, niczym policjant. :D

Huhuhu :D 

Skorzystalam z okazji i poprosilam kolezanke zeby pokazala mi gdzie znajduja sie sluzbowe auta i jak mozna dostac sie do garazu. Troche to labirynt, ale moze znajde. W sumie to wolalabym juz chyba jezdzic wlasnym, bo wygodniej i wiadomo - moje, to mniejszy stres i odpowiedzialnosc... No, ale nam nie wolno. :/ Spytalam tez szefa czy moge w czwartek i piatek pracowac z domu i zadzwonil ze dla niego nie ma problemu, ale poniewaz maja wprowadzic te nowe zasady, wiec zebym nie pisala oficjalnie az nie minie moich pierwszych 90 dni. ;) Zrozumialam to jako ze moge te 2 dni z domu pracowac, ale zeby sie nie chwalic. :D Wrocilam wiec do domu w niezlym humorze, ktory zaraz mi opadl. Nik dzien wczesniej narzekal na bolace gardlo, a tego dnia wrocil ze szkoly z zawolonym nosem, bolem glowy i ogolnie kiepskim samopoczuciem. Mial miec wieczorem trening koszykowki, ktory przesuneli z czwartku, ale wygladal tak mizernie, ze stwierdzilam ze lepiej zeby zostal w domu, a nie meczyl sie i potem spocony wychodzil do samochodu. Zostalismy wiec i zupelnie sobie nie krzywdowalismy, tylko cieszylismy sie spokojnym wieczorem. :) 

Czwartek zaczal sie normalnie, ale szybko przeszedl w "ech"... Bi miala klub narciarski, wiec musialam odstawic ja do szkoly, a wtedy wiadomo, Kokusia tez. Ten jednak tak narzekal na oslabienie i bol glowy, ze kontrolnie kazalam mu zmierzyc temperature. Termometr pokazal 37.7, wiec wiadomo ze do szkoly go nie puscilam. Kazalam przebrac sie spowrotem w pizame i wracac do lozka. Zalamalam sie jednak, bo po przylocie z Polski byl w szkole zawrotne 5 dni (z weekendem w srodku) i juz cos podlapal... :/ Zawiozlam wiec do szkoly tylko Bi oraz sasiadke i wrocilam zeby zasiasc przed laptokiem. Niestety, poki co to tylko roznorakie wirtualne szkolenia oraz proby wgrania tej czy owej aplikacji. Oczywiscie pomoc techniczna w wiekszosci przypadkow dziala baaardzo opornie. ;) No i cale szczescie, ze akurat zostalam w domu, bo przynajmniej bylam na miejscu zeby dopilnowac brania lekarstw przez Kokusia i jedzenia, bo kawaler byl bez apetytu. U Bi w szkole tego dnia zaczely sie tzw. mid-terms, czyli egzaminy polroczne. Tak, w hamerykanckim liceum wyglada to podobnie jak na studiach, mimo ze niektore przedmioty trwaja caly rok. Nie wszystkie maja jednak "prawdziwe" egzaminy. Nauczyciele z niektorych przedmiotow wymagaja przygotowanie prezentacji albo napisanie jakiegos dluzszego opracowania na podstawie artykulow naukowych zwiazanych z przerobionym materialem. 

Bi od kilku dni zawziecie cwiczyla gre, bowiem miala na ocene zagrac z nut nieznany sobie utwor. Solo, wiec nie bylo komfortu, ze w razie czego inni ja zaglusza i na zywo, przy nauczycielce ;)

Poniewaz biedna mlodziez, wykonczona egzaminami, nie moze sie przemeczac, wiec zajecia konczyly sie juz o 12:08. Spodziewalam sie, ze klub narciarski odwolaja, ale nie. Dzieciaki mialy do wyboru zeby pojechac do domu (tyle, ze wtedy ktos musial ich spowrotem odwiezc do szkoly), albo zostac i poczekac 2 godziny, az przyjdzie czas jazdy na stok. Bylam w domu, wiec zaoferowalam Bi, ze moge po nia przyjechac i odpocznie spokojnie w chalupie, zje obiad, itd. Stwierdzila jednak, ze woli zostac i z ktoras z kolezanek pracowac nad jakims projektem. Nie, to nie. Najlepsze, ze panna pakowala sie dzien wczesniej, a pozniej dostaje sms'a: "Zapomnialam pieniedzy!". Niestety, wyslane jak juz byli w drodze na stok. Zaproponowalam zeby pozyczyla kase od ktorejs z kolezanek. Godzine pozniej otrzymuje wiadomosc z pytaniem, gdzie jej rekawice! Pieknie sie panna pakowala... ;) To jednak akurat dobra nauczka, bo jak jej sie przypomina, to jest prychanie, ze "ona przeciez wie, bo nie jest juz malym dzieckiem". No to prosze, jaka dorosla i wszystkowiedzaca. :D Nie mialam ochoty zasuwac na stok i spowrotem zeby zawiezc jej rekawice, wiec stwierdzilam ze jakos musi dac rade. Temperatura spadala i pomalu robil sie mroz, ale pomyslalam, ze najwyzej wroci do budynku wczesniej i tyle. Ja za to, punkt 16:30, wylogowalam sie z kompa i popedzilam na tygodniowe zakupy. Zdazylam wrocic, rozpakowac i usiasc na moze godzinke i trzeba bylo jechac po corke. Jakos dala rade, nie zmarzla zbytnio ani nie umarla z glodu, wiec bilans pomyslny. ;) Nik caly dzien niemozliwie smarczal i wieczorem padl jak kawka. Caly wieczor zastanawialismy sie z M. co zrobic z kolejnym dniem. Z jednej strony, nie chcialam zeby robil sobie kolejny dzien zaleglosci. Z drugiej, mialo byc bardzo zimno, calodniowy mroz, a wiem ze w srodku dnia wyrzucaja ich obowiazkowo na dwor. W dodatku, po poludniu mial miec narty, a na te juz zdecydowanie nie chcialam zeby jechal... Ostatecznie powiedzialam mu zeby wylaczyl budzik i porzadnie sie wyspal, w nadziei, ze szybciej postawi go to na nogi.

W piatek wiec Mlodszy ponownie zostal w domu, a ja zawiozlam dziewczyny do szkoly, po czym wrocilam do zdalnej roboty. Wszystkie zalatwiania pomalu ida do przodu, bo podanie o korpo karte kredytowa zostalo pozytywnie rozpatrzone. Teraz trzeba czekac az przyjdzie. Spedzilam tez dobre 40 minut na telefonie z pania od obslugi klienta, ale udalo jej sie przejac kontrole nad moim kompem i wgrac dwie aplikacje, na ktore czekalam od prawie tygodnia. Mialy sie "wgrac" same, w nocy, ale okazalo sie, ze pani musiala uzyc swoich "przywilejow" i zaladowac je na sile. Inna pani, administratorka z glownej regionalnej siedziby, zalatwila mi tez wlasne konto w UPS, w razie gdybym musiala kiedys pilnie wyslac sobie do biura jakies probki. Poza tym to kolejne wirtualne szkolenia, ktore tym razem szly jak po grudzie. Byly na temat historii calej agencji oraz departamentu i zawieraly mnostwo informacji, w stylu po jakiej epidemii czy tragedii, tudziez sensacji, kongres uchwalil takie czy takie ustawy, w zwiazku z ktorymi nasza agencja otrzymala taki czy siaki przywilej lub nakaz kontroli. Zawsze myslalam, ze takie rzeczy to bardziej ciekawostki, a teraz okazalo sie, ze musialam zapamietywac nie dosc, ze definicje, ale jeszcze daty, imiona i nazwy ustaw. Masakra... Tymczasem Bi miala kolejny dzien mid-terms, wiec znow konczyla o 12:08. Umowilam sie z nia, ze da mi znac jak bedzie gotowa jechac do domu, bo panna jak zwykle chciala zostac po lekcjach. Napisala dopiero o 13:45, wiec pojechalam po nia, po czym wrocilam do domu dalej mordowac sie ze szkoleniami. Nik mialby tego dnia klub narciarski, ale ze zostal z domu, wiec nie pojechal, co oznaczalo ze nie pojechalam rowniez ja. Troche zaluje, bo okazalo sie, ze Mlodszy rano wstal dopiero o 9 i strasznie zawalony, wiec najpierw wydawalo sie to dobra decyzja, ale w miare jak mijal dzien, mozna powiedziec, ze zdrowial w oczach. A zaleglosci w szkole rosna... :/ Z drugiej strony, przyszlo straszne ochlodzenie i juz po poludniu byl kilkustopniowy mroz, wiec moze to i lepiej, ze Nik nie jezdzil i nie lykal tego lodowatego powietrza... Wieczor spedzilismy leniwie, ja oraz Potworki cieszac sie z rozpoczecia dlugiego weekendu.

Sobota to dlusze spanie, a kiedy spojrzalam przez okno, przywitala mnie... biel. Nad ranem zaczal padac snieg i sypal tak raz mocniej, raz slabiej, przez wiekszosc dnia. Mialo spadc o 8 cm sniegu, ale spadlo go spokojnie dwadziescia kilka. W dodatku granica zroznicowanego opadu przebiegala tak smiesznie, ze M. opowiadal, ze pojechal najpierw na zakupy i w tamtej miejscowosci padal deszcz z lekka domieszka sniegu. Przyjezdza do nas, a tu jakby chmura sniegowa krazyla nad naszym miasteczkiem - wszystko zasypane! :D Na podjedzie wpadl w poslizg i znioslo go na przyczepe! Dobrze, ze nic wielkiego sie nie stalo; ma tylko mala ryse na zderzaku. Planowalam jechac na zakupy, bo skonczylo sie mokre zarcie dla Oreo, ale przy takich warunkach uznalam ze nie mam gdzie sie pchac. Za to odkurzylam i pomylam podlogi na dole, bo juz o to prosily. Obejrzalam skoki narciarskie, a potem ruszylismy z M. odsniezyc podjazd. Po Niku wlasciwie choroby nie bylo widac, oprocz tego ze z jednej strony nos obtarl sobie od wycierania do krwi. Odmawia jednak smarowania nozdrzy kremem (bo piecze!), no to ma... Na wszelki wypadek nie pozwolilam mu wyjsc na dwor, bo wiedzialam ze mniej bedzie pomocy, a wiecej tarzania sie w sniegu. A skoro Mlodszy nie pomagal szuflowac, wiec sprawiedliwie nie gonilismy tez Bi i starzy musieli poradzic sobie sami. ;) Tego dnia przyszly nowe tabletki na to posikiwanie Mayi. Skoro te na wzmocnienie zwieraczy pomagaly tylko minimalnie, teraz lekarka przepisala hormonalne, z estrogenem. Popuszczanie to bowiem ponoc czesta przypadlosc u wysterylizowanych suczek. Modle sie zeby te dzialaly lepiej, bo ciagle wycieranie podlogi doprowadza mnie juz do szalu, a w dodatku, tamte tabletki skonczyly jej sie w czasie naszego wyjazdu. Przez poltora tygodnia byla bez niczego i... nie chcecie wiedziec jak capi jej poslanie. Jak tylko zobaczymy ze nowe tabletki dzialaja, musze kupic jej nowe... Pod wieczor pojechalismy do kosciola, gdzie bylo oczywiscie duzo mniej ludzi niz zwykle, mimo ze glowne drogi byly juz odsniezone i porzadnie posypane sola. Po powrocie Nik uparl sie na pieczenie babki na oleju. Nie protestowalam, bo kolejnego dnia mial wpasc dziadek, wiec deser byl mile widziany. Pomoglam mu oddzielic zoltka od bialek, po czym zostawilam go niemal samego, choc i tak co chwila wolal mnie do pomocy lub po rade. A i tak zdolal zapomniec wyzerowac wage, wiec nie wiem ile dal cukru (ciasto i tak wyszlo slodkie :D), pozniej o malo nie dal sody oczyszczonej zamiast proszku do pieczenia, a na koniec, zamiast 300g maki, odmierzyl 350, bo pomylilo mu sie z cukrem. O dziwo, ciasto wyszlo bez zarzutu. :D A kiedy konczylo sie piec, do kuchni wparowala Bi i oznajmila ze chce upiec brownies. Zaslodzimy dziadka dokumentnie. ;)

Dobra, chyba nadrobilam zaleglosci. Teraz wracam juz do normalnego nadawania ;)

poniedziałek, 12 stycznia 2026

W krainie (lodu) sniegu, czyli nasze polskie ferie ;)

W poniedzialek, 22 grudnia, wczesnym popoludniem wsiedlismy w auto i wyruszylismy w niemal 3-godzinna podroz na lotnisko. Pierwszy raz wylatywalismy z Bostonu, a nie z Nowego Jorku, wiec bylo troche stresu, bo nowe miejsce oraz trasa. Okazalo sie jednak, ze droga minela szybko i bezproblemowo, a bostonskie lotnisko jest duzo latwiejsze w ogarnieciu i bez niekonczacych sie kolejek do odprawy oraz kontroli celnej. Poszlo nam tak sprawnie, ze kiedy dotarlismy do bramki, mielismy jeszcze ponad 2 godziny do odlotu, wiec M. siedzial i pilnowal bagazu podrecznego, zas ja i Potworki walesalismy sie po terminalu. 

Gdyby ktos sie zastanawial o ile Nik juz przerosl siostre ;)

W koncu nadszedl czas lotu, ktory minal bez wiekszych turbulencji. Niestety, mimo ze lot do Polski jest zawsze nocny, kompletnie nie moglam spac. Nie pomagalo ze zakrylam glowe kocem. Nie moglam sie za cholere ulozyc, a siedzialam miedzy Potworkami, wiec nie mialam miejsca zeby chociaz gdzies noge wyciagnac i ostatecznie nie zmruzylam oka. W dodatku, wkurzyla mnie baba przed nami. Siedziala z dwojka malych corek i do spania, wszystkie trzy rozlozyly maksymalnie fotele. Przez to, mialam ekran telewizorka doslownie przed samym nosem, co tez nie bylo komfortowe. Najglupsze jednak bylo, ze te dzieciaki byly na tyle male, ze spaly w poprzek na siedzeniach i rozlozone oparcia nie byly im do niczego potrzebne. Co gorsza, nawet kiedy obsluga pozapala swiatla i podala sniadanie, wiec smarkule przed nami juz sie obudzily, mamusia zostawila wszystkie oparcia rozlozone! Kiedy w koncu padlo ogloszenie, ze przygotowujemy sie do ladowania, w koncu je wyprostowala, a ja na to glosno westchnelam ze "no wreszcie". Baba (przez szpare miedzy fotelami) rzucila mi takie spojrzenie, jakby miala mnie ochote zabic wzrokiem. ;) Nienawidze takich ludzi majacych w doopie wszystkich naokolo. :/

Kiedy wyladowalismy w Monachium, byl juz oczywiscie wtorek. Na przesiadke mielismy niecala godzine, ale lotnisko, choc ogromne, bylo swietnie oznaczone i do bramki dotarlismy sporo przed czasem wejscia na poklad. Po wyladowaniu w Krakowie, musielismy oczywiscie przejechac podmiejskim pociagiem na dworzec i zlapac transport do Zakopanego. Ja szykowalam sie na pociag, M. stwierdzil ze autobus bedzie lepszy. Taaa... Pierwszy uciekl nam sprzed nosa, mimo ze kierowca nas doskonale widzial. Podejrzewam jednak ze byl pelny. Czekalismy pol godziny na kolejny, podjezdza, a kierowca wysiada i oznajmia ze w pierwszej kolejnosci bierze tych, ktorzy maja juz bilety! My ich oczywiscie nie mielismy, bo malzonek twierdzil, ze zawsze kupowal je u kierowcy... Kiedy szczesciarze sie wladowali, kierowca rzucil kolejnym stwierdzeniem, ze wszystkie miejsca siedzace ma zajete i moze wziac jeszcze 10 osob stojacych. Las rak. :O Tu juz odpuscilismy i pomaszerowalismy do kasy po bilety na kolejny. Na ten na szczescie sie zalapalismy, ale i tak droga byla tragiczna. Na szczescie w tym momencie bylismy juz tak wykonczeni, ze przespalismy niemal cala trase. A najpierw byl korek w Krakowie, pozniej chwile jechalo sie spokojniej, ale pod Nowym Targiem dogonilismy korek na Zakopiance. Jakby tego bylo malo, deszcz, ktory przywital nas w Krakowie, zamienil sie w snieg i im blizej Zakopanego, tym warunki robily sie tragiczniejsze. Droga powinna nam zajac okolo 2 godzin, a zajela niemal 4. :O W koncu jednak dojechalismy, z dworca odebral nas tesc, tesciowa juz czekala z kolacja, zjedlismy i padlismy do lozek.

Kolejny dzien to byla juz oczywiscie Wigilia. Bylam gotowa zeby pomoc tesciowej w ostatnich przygotowaniach, ale okazalo sie ze zostala jej tylko do usmazenia ryba, a wszystko inne miala juz gotowe. Po podrozy bylismy oczywiscie srednio przytomni, wiec przez wiekszosc dnia snulismy sie w zasadzie bez celu. Tylko Nik chcial koniecznie pojsc na sanki. Wielka laka przed blokiem tesciow, zwana Lipkami, zamienila sie w ogromna zjezdzalnie, okupowana przez tlumy dzieciakow oraz ich rodzicow, do poznego wieczora. Czesc jej jest oddzielona na osla laczke do nauki jazdy na nartach, ale ta akurat byla nieczynna przez pierwszych kilka dni. Malzonek poszedl z synem i zabrala sie z nimi Bi, choc tylko po to, zeby pochodzic. Zaraz zreszta wrocila, bo byl mroz i do tego potworny wiatr. Wieczorem oczywiscie polamalismy sie oplatkiem i zasiedlismy do wieczerzy, przy czym spotkal mnie lekki szok. U mnie w domu, Wigilia to byla uroczystosc; kazdy sie ladnie ubieral, dziewczyny malowaly i podkrecaly wlosy... Spakowalam zreszta specjalnie kiecke i kazalam Potworkom spakowac cos elegantszego. Tymczasem u M. wszyscy zasiedli do stolu w getrach, dresach i wyciagnietych koszulkach. :D To wyjasnia nasze tradycyjne sprzeczki o ubior na Swieta...

Ktos by pomyslal ze to Wigilia i Potworki pokazuja otrzymane karty podarunkowe?

Ladniej ubrali sie dopiero do kosciola. Do ktorego zreszta tescie poszli dopiero rano. My chcielismy zaliczyc pasterke, bo wiedzielismy, ze nadal nie odespalismy podrozy i rano bedzie problem ze wstaniem. I mielismy szczescie, bo poszlismy na wczesniejsza - o 22, do malutkiego, drewnianego kosciolka, gdzie do mszy przygrywala prawdziwa (choc damska) kapela goralska! :)

Brzmialy niesamowicie!

I tu moglabym zakonczyc opowiesc, bowiem wlasciwie z pobytu w gorach nie skorzystalismy. Tylko jeden dzien mielismy z odwilza, a poza tym caly czas trzymal mroz i codziennie przez pare godzin padal snieg. Czasem rano, czasem pod wieczor, czasem caly dzien, ale padal. Oczywiscie zima taka pogoda to marzenie i Nik codziennie zabieral sanki na gorke. 

Heeen, daleko w dole, bloki tesciow, a na szczycie wzgorza rozswietlona stacja na Gubalowce

Po kilku dniach otworzono maly wyciag orczykowy na Lipkach, wiec myslalam ze Potworki beda chcialy na narty. Niestety, M. nagadal im ze ta gorka jest niemal plaska i beda sie odpychac zamiast szusowac. No niby racja, ale tesc gdzies obcykal stok nieopodal, ktory polecila mu sasiadka, bo tam jezdza jej dzieci, w wieku zblizonym do moich. Malzonek jednak stanowczo oznajmil, ze on jezdzic nie bedzie. A tyyyle wczesniej nagadal Kokusiowi o szusowaniu z Kasprowego Wierchu. :D Tesciowie jakos specjalnie nie namawiali, a Potworki, co dziwne, tez nie dopytywaly i tak skonczyl sie plan jazdy na nartach. Byc zima w Zakopanem i nie zaliczyc ani jednego stoku... Porazka. Bylam dosc mocno rozczarowana, ale coz. Glownym celem podrozy bylo spedzenie Swiat z tesciami i na tym najbardziej zalezalo M. A skoro dzieciaki zupelnie sie nie palily, to co ja moge z tym zrobic? Nie naciskalam, bo potem slysze od malzonka, ze Potworki "zmuszam" do wszelakich aktywnosci... Tyle, ze zupelnie niepotrzebnie spakowalam narciarskie ciuchy, bo poza spodniami ktore Nik nosil na sanki, zupelnie sie nie przydaly. Dobrze za to, ze wzielam sniegowce, bo patrzac na prognozy przed wyjazdem, mielismy watpliwosci czy sie przydadza, a zajely mnostwo miejsca w walizkach. Na szczescie spakowalam je na wszelki wypadek, bo sniegu nie brakowalo. Oczywiscie lazilismy, a to na Krupowki, a to na rynek pod Gubalowke, wiec to nie tak ze caly czas siedzielismy na tylkach, ale ze dni o tej porze roku sa duzo krotsze, a na wieczor zawsze sciskal ostry mroz, to ruchu mielismy zdecydowanie mniej niz zwykle w Starym Kraju. 

Iluminacje byly oczywiscie piekne

Chyba 2 czy 3 razy wybralismy sie na Krupowki wieczorem, zeby popatrzec na swiatelka. Wiadomo, dekoracje robia najpiekniejsze wrazenie w ciemnosci. W dzien slynny deptak odstraszal tlumami. Serio, ludzi bylo wiecej niz latem! Na rozgrzewke czasem bralam sobie grzane wino, ale odradzam. Strasznie scina z nog. :D Glownie jednak wieczory spedzalismy u tesciow. Ich mieszkanie jest niesamowite, bo odkrecony maja tylko jeden kaloryfer, w sypialni tescia, a wszedzie bylo tak cieplo, ze chodzilismy w krotkich rekawkach. Na noc, poniewaz spalismy we czworke w jednym pokoju, musialam rozszczelniac okno, bo nie dalo sie wytrzymac. :) Przepiekny widok na Giewont niestety przez wiekszosc czasu zasloniety byl przez albo mgle, albo padajacy snieg.

Nik, a nad nim Giewont w chmurach :)

I tak minelo 6 dni. Potworki dostaly kaske od dziadkow, wiec codziennie obowiazkowo ciagneli na ryneczek. Bi nakupowala sobie pierdol, ale Nik jakos nie mogl znalezc nic dla siebie. A jak juz wychodzilismy, to oczywiscie po drodze byly albo gofry, albo zakrecona frytka. Grillowanych oscypkow jakos nikt nie chcial. ;) I tylko tesciowa zalamywala rece, bo jak to ona, gotowala jak wsciekla i starala sie kazdemu dogodzic, a tymczasem Potworki wracaly z miasta pojedzone. ;)

Ani sie obejrzelismy, a przyszedl czas zeby wsiasc w Pendolino i ruszyc ku wybrzezu. Chyba nie pisalam, ale z calym tym pociagiem tez sie zrobilismy w bambuko. Pendolino zaczelo kursy z Zakopanego 17 grudnia i nie od razu mozna bylo rezerwowac bilety. Od jakiegos czasu powtarzalam M. zebysmy siedli i zamowili, na co poczatkowo machal tylko reka, ze kupimy bilety juz w Polsce. Wkurzylam sie, bo juz kiedys tak kupilismy i ledwie zlapalismy ostatnie miejsca oraz siedzielismy osobno. A teraz mielismy szczyt sezonu swiatecznego, wiec wiedzialam, ze w Zakopanem beda tlumy, ktore beda tez sie chcialy stamtad wydostac. Malzonek jednak odsuwal i odsuwal, az w koncu w niedziele oznajmilam, ze sama to zrobie. Wtedy natychmiast oczywiscie do tego usiadl. I co??? Okazalo sie, ze mialam racje. Planowalismy jechac 30 grudnia, bo w ten sposob mielismy spedzic po 6 dni u jednej i drugiej rodziny. Tymczasem weszlam na strone PKP, a tam na ten dzien, na Pendolino, nie ma juz w ogole miejsc w II klasie, zas w I zostalo... jedno. :O No i konsternacja, bo co teraz? Patrzylismy na inne polaczenia, rozwazalismy normalny pospieszny, az w koncu z westchnieniem spojrzalam na kolejny dzien, czyli Sylwestra. Bingo! Druga klasa zajeta, ale w pierwszej miejsca jeszcze byly. Ostatecznie zostalismy wiec dzien dluzej w Zakopanem, a krocej w Trojmiescie. Malzonek zadowolony, ja mniej, ale coz. Pociag okazal sie faktycznie wypchany po brzegi, przy czym okazalo sie, ze sporo ludu (mowiacego w obcych jezykach, wiec pewnie lapiacych potem samolot) jechalo tylko do Krakowa. Czyli blokowali miejsca i potem osoby jak my, jadace niemal cala trase, nie mogly zalapac sie na wybrany dzien. :/

Potworki szpanuja w pierwszej klasie ;) 

Pendolino podrozuje sie oczywiscie mega szybko i wygodnie, choc zastanawia mnie jedna rzecz. Kiedy ostatnio jechalismy pierwsza klasa (czyli 4 lata temu) dostalismy napoje oraz jedzenie w Gdansku i potem ponownie w Warszawie. Tym razem pociag mial kilka wiekszych postojow: w Krakowie, Warszawie, Ilawie oraz Malborku. Kazdy z nowych pasazerow dostawal poczestunek. Nas pani odhaczyla w kajeciku po wyjezdzie z Zakopanego i wiecej juz nic nie dostalismy. Czyli my - jadacy 7 godzin i na pewno placacych znacznie wiecej za bilet, dostalismy tyle samo co osoby jadace 2-3 godziny. Troche to niesprawiedliwe, ale bardzo sobie nie krzywdowalam. Tesciowa i tak zrobila nam kanapki, a po kolejna kawe poszlam do wagonu restauracyjnego. :) Podroz minela wiec dosc przyjemnie, glownie na podziwianiu zmieniajacej sie pogody. W tamtych dniach przez Polske przechodzil jakis dziwny front. Zakopane pozegnalo nas oczywiscie zima, ktora jednak w Krakowie byla ledwie zauwazalna, a zanim dojechalismy do Warszawy, wlasciwie zupelnie zniknela. Zaraz jednak po wyjezdzie ze stolicy, za oknem zaczelo ponownie robic sie bialo, a tuz przed Ilawa krajobraz zaczal wrecz straszyc. Byla sniezyca, a naokolo zaspy. Pociag mial pol godziny opoznienia z powodu warunkow atmosferycznych. Pozniej jednak nagle ilosc sniegu ponownie zmalala i w Trojmiescie bylo juz zimowo, ale do zniesienia. W Gdansku czekal szwagier, ktory sprawnie przewiozl nas do domu i weszlismy niemal jednoczesnie z moja kuzynka, ktora wraz z mezem przyjechala na wspolnego Sylwestra.

Impreza byla sympatyczna, choc bez wiekszego szalenstwa. Posiedzielismy, podrinkowalismy, a o polnocy zapalilismy zimne ognie.

Prawie wszyscy zlapani na zdjeciu :) 

Siostra fajerwerkow nie miala, ale wiekszosc okolicznych domow rozblysla, wiec bylo co podziwiac. Wiekszosc z nas padla okolo 2 nad ranem i tylko szwagier z mezem kuzynki siedzieli ponoc prawie do... 6! :O Nowy Rok przywitalismy wiec ciezka glowa, szczegolnie ze siostrzeniec, najmlodszy z naszej gromady, juz od 8 urzadzal biegi oraz budzenie kogo sie dalo. Glownie Kokusia oraz wujka (tego od kuzynki), ktory mial pecha bo probowal dosypiac w salonie. ;) Wiekszosc dnia przesnulismy sie leniwie, czekajac az dojedzie corka kuzynki, ktora spedzila Sylwestra w Gdynii, ze swoja siostra cioteczna od strony taty i po poludniu mialy obie dojechac do mojej siostry i wrocic do domu z kuzynka i jej mezem. Pojechali dosc pozno, bo po 19, a przed nimi byly dwie godziny jazdy w padajacym ponownie sniegu. Fajnie jednak, ze udalo sie z nimi spedzic praktycznie caly jeden dzien. Pozniej zostalismy juz w 9, plus moja mamuska, ktora ponownie zostala na noc, ale poszla spac juz o 20, razem z malym siostrzencem. Za to "starszaki" strasznie chcialy obejrzec final serialu Stranger Things i choc siostra miala watpliwosci czy to film dla jej 11-latki, w koncu ulegla, cala banda wiec radosnie zasiadla na kanapie. I ponoc nikt nie mial pozniej koszmarow. ;)

Reszta pobytu w Trojmiescie niestety wygladala podobnie jak w Zakopanem, czyli wiekszosc czasu spedzilismy zagrzebani w domowych pieleszach. W najsmielszych marzeniach (a moze koszmarach) nie przypuszczalam, ze na wybrzezu bedziemy sie zmagac z taka zima. Niemal codziennie padal snieg i caly czas trzymal mroz, co najfajniej ogladalo sie z cieplutkiej chalupy. U mojej siostry odkrylam, ze marzy mi sie ogrzewanie podlogowe. W Stanach nie jest ono zbyt popularne, a tymczasem ja, ktorej zawsze (nawet w srodku lata) marzna stopy, chodzilam na boso, lub w samych skarpetkach i bylo mi raczej za goraco. Takie ogrzewanie jest najwyrazniej duzo bardziej wydajne niz kaloryfery, bo w nocy spalismy z M. przy uchylonym oknie, bo inaczej lezelismy zlani potem. U siebie w domu mamy raczej chlodno, tak okolo 18-20 stopni, wiec kiedy w Polsce wszedzie temperatura oscylowala okolo 25, niestety momentami ciezko bylo nam wytrzymac. W kazdym razie, z atrakcji, to tylko w sobote pojechalismy na prosbe starszych dzieci obejrzec Avatara. Siostrzeniec zostal z babcia, a my pojechalismy w sniezycy i zasypanych drogach. Bilety byly juz jednak kupione, wiec nie bylo odwrotu. Film mlodziezy sie oczywiscie podobal, ale wszyscy dorosli jednoglosnie stwierdzili, ze byl sredni. Obejrzelismy go w trojwymiarze, wiec wizualnie zachwycal, ale sama fabula? Przewidywalna, sporo scen mocno inspirowanych (zeby nie powiedziec "skopiowanych") z poprzednich czesci i nieco nudnawy. Moze kolejna czesc bedzie lepsza, bo tu ma ponoc byc kolejny skok czasowy, wiec do scenariusza wpadnie kilka swiezych pomyslow. ;) W piatek za to, dosc spontanicznie wybralismy sie (dorosli + chlopaki) na spacer do Parku Oliwskiego w Gdansku. Dziewczyny chcialy pochodzic po galerii, wiec je odstawilismy i planowalismy jechac na obiad do restauracji, a ze byla niedaleko wspomnianego parku, to zaszlismy tam popatrzec na iluminacje.

Nik z ciotka oraz kuzynkiem 

Te oczywiscie zachwycily, choc byl taki mroz, ze zrobilismy tylko szybkie koleczko i pobieglismy do srodka. Poza tym jednak, siedzielismy w domu. Mlodsza siostrzenica marudzila o aquapark i gdzie myslalam ze Potworki az podskocza z entuzjazmem, tak oni wzruszyli ramionami, ze moga jechac, ale nie musza, a Bi wresz stwierdzila, ze bardziej nie chce, niz chce. Do tego M. oznajmil, ze on nie jedzie, a moja siostra ze sie zmusi, choc takich miejsc nie lubi. Ja oraz szwagier bylismy raczej neutralnie nastawieni i ostatecznie nie pojechalismy. Tym bardziej, ze wstepnie myslelismy o niedzieli, ale kiedy wyszlismy z domu zeby pojechac do kosciola, okazalo sie, ze wieje taki silny, mrozny wiatr, ze kazdemu od razu odechcialo sie moczyc. Oczywiscie, przy takiej pogodzie, Nik oraz mlodsza siostrzenica odkryli wspolna pasje zabawy na sniegu i codziennie wychodzili do ogrodu tarzac sie i uklepywac kupe pozostala po odsniezaniu podjazdu. Raz zabralysmy z siostra chlopakow (nie pamietam co robila reszta) oraz mlodsza siostrzenice na spacer, gdzie na zmiane z Kokusiem ciagnelysmy sanki, a trzy psiaki biegaly naokolo w kubraczkach. :) Z psami w ogole byla uciecha, bo wszystkie sa male i przymilne, zebraja przy stole i nadstwiaja sie do glaskania. Dom ciotki to w ogole dla Potworkow miejsce jak z marzen, bo dziewczyny maja caly zwierzyniec. Mlodsza gekona oraz chomika, a starsza tyle tego ze pewnie wszystkiego nie zapamietalam: trzy wieksze jaszczurki, dwa gekony, dwie zaby, wije, slimaki afrykanskie, krolika, a na dodatek na przerwe swiateczna przywiozla ze szkoly... ptasznika. :O Po obejrzeniu Avatara lazilismy jeszcze po galerii w poszukiwaniu przedluzacza, bo jedna z jaszczurek potrzebowala lampy, oraz zoologicznego, bo siostrzenicy skonczyly sie... swierszcze do karmienia tego calego zoo. A Potworki teraz jecza odpowiednio o chomika (Nik) oraz agame brodata (Bi). :D

Wtorek, 6 stycznia to juz byl czas powrotu. Choc raz zamowilismy bilety na ludzka godzine i na lotnisko wyjechalismy o 11 rano. Zeby nie bylo zbyt fajnie, kontrola w Gdansku przyczepila sie do bagazy podrecznych M. oraz Bi. W Bostonie puscili nas bez mrugniecia okiem, tutaj nie bylo zmiluj. Za duze i koniec, co bylo bzdura, bo pozniej widzielismy sporo wiekszych. Starszej zabrali walizke i nadali ja na samolot (dobrze ze nie kazali zaplacic), M. oddal mi pare rzeczy z plecaka i udalo mu sie go na tyle scisnac, ze pan machnal reka. Co ciekawe, Nik w plecaku mial metalowe sztucce (nie pytajcie...) z lotu w tamta strone, w tym noz, i jakos je przepuscili. Pozniej lot opoznil sie o pol godziny, a ze na przesiadke mielismy tylko 50 minut, to czekal nas dziki bieg przez lotnisko w Monachium. Dobrze, ze jeszcze kilka innych osob lapalo ten sam samolot, wiec na nas poczekali. Co jakis czas obsluga machala, pytala czy my do Bostonu i pokazywala w ktorym kierunku mamy pedzic. :D Na dodatek, akurat rano kopnelam niechcacy w walizke i stluklam paluch u stopy. Pozniej musialam ja scisnac na caly dzien w bucie i przy pedzie przez lotnisko chcialo mi sie plakac, tak mnie bolal. Dopiero w domu moglam go dokladnie obejrzec i serio przeszlo mi przez mysl, ze mogl byc zlamany. :O

Kto zgadnie ktory paluszek mnie bolal? :D

Na szczescie, na dlugi lot zdjelam buta, co troche pomoglo i nawet po ponownym zalozeniu, juz tylko lekko pulsowal. Wsiadalismy jednak jako ostatni i caly bagaz podreczny musielimy zostawic na poczatku samolotu, zas sami siedzielismy prawie na ogonie. Tym razem M. siedzial z dzieciakami, a ja niestety obok jakiegos malzenstwa, wiec nie byl to przyjemny lot. Tyle, ze w strone Hameryki leci sie w dzien, nawet wiec nie probowalam spac. Caly lot gralam oraz ogladalam filmy i jakos zlecialo. Niestety, mielismy dosc spore turbulencje i na jakis czas pilot oglosil nawet zeby usiasc i zapiac pasy. W ktoryms momencie tak trzeslo i bujalo, ze pomyslalam, ze jeszcze troche, a zrobi mi sie niedobrze. ;) No ale dolecielismy szczesliwie, a to najwazniejsze. Pozniej mialam kolejnego stresa, bo strasznie dlugo czekalismy na moja walizke. Bi (zabrana w Gdansku) pojawila sie zaraz na poczatku, a mojej nie bylo i nie bylo. Wiekszosc pasazerow odeszla juz ze swoimi bagazami, a my dalej czekalismy. Tak naprawde to wracajac do domu, takie rzeczy jak ciuchy nie byly mi az tak potrzebne, ale niestety w walizce zostal moj jedyny sloiczek kremu do twarzy, jak i przybory do makijazu. Na szczescie wreszcie waliza sie pojawila. Pozniej juz wszystko poszlo w miare sprawnie. Przejechalismy do wypozyczalni aut, wladowalismy sie do przydzielonego samochodu (niby maly SUV, ale mielismy problem zeby upchnac walizki) i po 2 godzinach dotarlismy do chalupy.

I ogolnie, cala wizyte w Polsce mozna by uznac za udana, choc moze troche nudna, ale wszystko popsula... moja matka i zostawila niesmak jeszcze na dlugo. Nie wiem czy to nie temat na osobnego posta; w kazdym razie szykujcie sie na dluuugi akapit. Tak w ogole, to ktoregos dnia gadalysmy z moja siostra, ze nasza mamuska jest jednak niemozliwie falszywa. Pierwszego dnia byla do rany przyloz, no ale dopiero przylecielismy, dojechala kuzynka, byl Sylwester, wiec duzo sie dzialo, a ona brylowala w towarzystwie. Kolejnego dnia juz zaczela pokazywac pazury, bo uparla sie, ze mlodsza siostrzenica ma jej odstapic wlasny pokoj, mimo ze siostra chciala ja polozyc gdzie indziej. Nie, bo ona jest juz starsza pania (ma 68 lat, wiec to nie zgrzybiala staruszka) i musi miec komfort. Byla jednak nadal kuzynka, a jak przyjechala potem jej corka z tamta dziewczynka, to bym nie uwierzyla, ze to moja rodzicielka. Jak ona slodko cwierkala do tamtej panienki: a corka ktorej ty cioci jestes, a ktora to siostra ktorej krewnej, a do jakiego liceum chodzisz, o jak fajnie, o jak cudownie! Normalnie rzygac sie chcialo, ale wiekszosc ludzi daje sie na to nabrac i z siostra slyszymy potem jak to nasza matka jest taka sympatyczna, radosna osoba. Mistrzyni pierwszego wrazenia po prostu... W kazdym razie, w piatek przyszedl zwykly, szary dzien, kuzynki juz nie bylo, wiec matka szybko pokazala co potrafi. Zaczelo sie niewinnie, od rozmowy o ksiazkach, ktora przeszla w rozmowe o dzieciakach (bo Bi kocha czytac) oraz o ich szkolach. Najstarsza siostrzenica, choc bardzo inteligentna, jest na bakier z nauka, ma ADHD i ogolnie szkoly nie darzy miloscia. I moja matka stwierdzila, ze to po ciotce, czyli po mnie. Najpierw wzruszylam ramionami, bo faktycznie szkoly nie lubilam i przyznaje, ze choc z przedmiotow scislych bylam noga, to co do reszty, to bylam po prostu niemozliwie leniwa. Matka zaczela jednak wspominki, a musicie wiedziec, ze ona lubi te swoje historie mocno ubarwiac i przekrecac jak jej pasuje. Zalamala mnie wiec tekstem, ze bylam nawet zagrozona z matematyki i pani powiedziala, ze powinnam byc moze przepisana do zawodowki. :O Przypomnialam wiec matce, ze juz rozmawialysmy o tym kilka tygodni wczesniej (bo jakos tez wyszedl ten temat) i dogadalysmy sie, ze taka sytuacja w ogole nie miala miejsca. Musicie wiedziec, ze ogolnie liceum to byl dla mnie szok i tak, bylam w I klasie zagrozona, ale z fizyki. Pan nie umial uczyc, ogolnie byl tragiczny i wystawil paly na pierwszy semestr wszystkim dziewczynom. Wiekszosc jednak poplakala sie i chlop poprawil im na mierne. Ja bylam w takim szoku, ze na zawolanie nie potrafilam sie rozplakac i zostalam z pala. Potem jednak znalazlam korepetytora i zaliczylam material bez problemu, natomiast w kolejnym semestrze tematyka bardziej mi podpasowala i wyszlam na 4. Kiedy dostalam pierwsza 5, pan prychnal, ze cuda sie zdarzaja. Ch*j jeden. :D A tekst o zawodowce to rzucila polonistka w VIII klasie, ale do taty mojej kolezanki, ze zamiast do liceum, Iwonka powinna skladac podanie do szkoly zawodowej! Nie mam pojecia jak moja mamuska podpiela to pode mnie, ale kiedy poprawilam fakty, warknela wsciekle, ze bez niej, to ja nawet bym sie nie dostala do tego liceum! O ludzie! Skad jej sie to wzielo? Zdawalam do szkoly sredniej w czasach, kiedy egzamin pisalo sie w wybranej szkole; nie bylo tzw. egzaminu osmoklasisty. Nikt nie znal swoich punktow, po prostu albo sie trafialo na liste przyjetych, albo nie. Po powrocie do domu po egzaminie, oczywiscie matka dopadla do mnie z pytaniem, jak mi poszlo. Nigdy nie mialam jakiejs wiekszej pewnosci siebie, a dodatkowo wiadomo, kilku pytan nie bylam pewna, wiec nie brzmialam pewnie zbyt przekonujaco. Na to oczywiscie mamuska na mnie naskoczyla, ze czy ja jestem nienormalna, ze przeciez sie moge nie dostac i co ludzie powiedza (bo to najwazniejsze) i ona zna jakas tam nauczycielke, ktora zna byla dyrektorke tamtej szkoly (matka jest emerytowana nauczycielka, wiec zna sporo osob z tej kliki) i czy ma szukac kogos zeby przepchnal moje papiery? Widzicie to? Ona sie pyta wystraszonej, zdenerwowanej 14-latki, ktora po jej naskoku sama w siebie zwatpila, czy ma szukac znajomosci zeby pomoc jej dostac sie do liceum! Oczywiscie baknelam, ze moze by kogos poszukac, bo co innego mialam powiedziec?! Matka wykonala kilka telefonow i do liceum sie dostalam. Czy bylo to potrzebne, tego nie wie nikt. Mamuska lubi jednak powtarzac, ze tamta pani powiedziala ze jestem przyjeta, ale nie wspomniala nic ze interwencja nie byla konieczna. Dla mojej matki oznacza to automatycznie, ze byla potrzebna. Ja mam swoje watpliwosci, bo widzac jaki poziom reprezentowala spora czesc klasy, to ze kilka osob wyrzucili po pierwszym roku, kilka kolejnych nie przystapilo do matury, zas kolejna jej nie zdala, to raczej sklaniam sie ku opinii, ze dostalabym sie bez pomocy. No ale wg. mojej matki, bez niej bylabym w zawodowce... :/ Tutaj tez poprawilam mamuske i to co ona uwaza za "prawde", na co ta oznajmila ze jak sie dostalam, tak dostalam, ale przeciez ja w tym liceum pozniej to ledwie ciagnelam i w dodatku ciagle wagarowalam! Wszystko mi opadlo, bo oprocz tej nieszczesnej fizyki, to oceny mialam po prostu srednie, ani same bardzo dobre, ani najgorsze. Najczesciej lapalam paly bo panicznie balam sie ustnych odpowiedzi. Paralizowalo mnie i wolalam powiedziec, ze jestem nieprzygotowana i jak najszybciej usiasc, niz probowac odpowiadac, nawet jesli sie uczylam. Wiedzialam zreszta, ze potem poprawie ocene na klasowce. Ale wagary?! Zdarzylo mi sie, owszem, wyjsc przed religia czy w-f'em kiedy mialam je ostatnie, bo nie lubilam tych przedmiotow, a nie uwazalam ich za szczegolnie wazne. To byly jednak sporadyczne przypadki, wiec trudno tu mowic o "ciaglych" wagarach! Na to matka dobila mnie juz zupelnie tekstem, ze przeciez wychodzilam z domu, czekalam az siostra wyjdzie do szkoly, po czym wracalam! Tutaj juz sie wkurzylam nie na zarty, bo i M. (ktory sie przysluchiwal) rzucil ze smiechem, ze czego on sie tu dowiaduje! Przypomnialam wiec tej niemozliwej kobiecie, ze sytuacja, o ktorej mowi to byla juz klasa maturalna, gdzie zapisalam sie na dodatkowe zajecia z polskiego oraz biologii, natomiast na angielskim juz zabraklo miejsc, wiec wpisana zostalam jako "wolny sluchacz". Po kilku zajeciach okazalo sie, ze klasa jest przepelniona, wolni sluchacze zostali wypchnieci na koniec sali gdzie siedzieli po dwie osoby na krzesle, nie mieli nawet jak wygodnie cos zapisac i nie wolno im bylo sie nawet odezwac. Jeden po drugim, zaczeli sie wiec wykruszac i jak w koncu z mojej klasy nie zostal nikt, to stwierdzilam ze wole sama sie pouczyc, niz przyjezdzac 3 godziny wczesniej do szkoly. Kiedy jednak uczciwie probowalam matce powiedziec ze nie chce juz chodzic na te zajecia, dostalam lanie (tak, matka nie bala sie uzywac reki, pasa, a czasem nawet nogi) i zostalam wyzwana od najgorszych. Tak wiec znalazlam wlasny "sposob". ;) Tutaj tez przypomnialam to matce, ktora stwierdzila, ze przeciez to bzdura, bo przeciez gdybym jej wytlumaczyla, to ona by mi pozwolila nie chodzic... Buhahahaha!!! Dodala tez, ze klamie, bo ona przeczytala o tym w moim pamietniku! Z tym pamietnikiem to tez jest niezla historia, bo kiedy chcialam go wziac wyjezdzajac do Stanow, matka urzadzila karczemna awanture i schowala go tak, ze nie znalazlam! Rozumiecie to; moj wlasny pamietnik! Machnelam na to zreszta reka, bo od wielu lat juz nic w nim nie pisalam, bowiem matka nie dosc, ze go czytala, to robila afery o wszystko, co tam znalazla, czyli glownie o moje zale o niej samej. Ona zawsze z luboscia powtarzala, ze nie sra sie we wlasne gniazdo. Szkoda, ze sama lubi opowiadac wyssane z palca historyjki o mnie i siostrze... :/ W ktoryms momencie nawet Bi wtracila, zeby babka zostawila jej mame juz w spokoju! Rzadko mnie ta moja corka az tak chwyta za serce... :D Wracajac jednak do klotni, oznajmilam ze nie mogla o tym przeczytac w moim pamietniku, bo nie pisalam nic w nim od bodajze pierwszych klas liceum, a poza tym pamietam ze o tej calej sytuacji z wychodzeniem i potem wracaniem, sama jej powiedzialam (jako anegdotke i potem plulam sobie w brode) jak bylam juz po studiach. Nie uwierzylysbyscie jaka ona zrobila mi awanture i ile wyzwisk uslyszalam pod swoim adresem za cos, co wydarzylo sie 6-7 lat wczesniej!!! :O Teraz przypomnialam o tym matce, ktora oczywiscie wszystkiego sie wyparla, oznajmila ze musi sprawdzic w tym pamietniku, ktory to byl rok, ale dziwnie szybko zmianila temat, czyli siadla na moja siostre. N. tez nie dala sobie wmowic jakichs bzdur, bo przez ta kobiete wyladowala juz na terapii, gdzie nauczyla sie jak skutecznie odpierac jej ataki. Oczywiscie matka, widzac ze nie wygra, natychmiast sie zerwala i tupnela noga ze ona jedzie do domu, ze oczywiscie wedlug nas jest najgorsza, ze ciagle ja atakujemy, itd. Widzicie ta taktyke? Natychmiastowe odwracanie kota ogonem! Popatrzylysmy z siostra po sobie, jakos te wiedzme (no sorki, wiem ze matka, ale taka prawda) zagadalysmy i wydawalo sie, ze jest ok. Minela moze godzina, wszyscy porozchodzili sie po pokojach, poszlam do lazienki, wychodze, a po chwili ktos pyta "a gdzie babcia?". Patrzymy po sobie, jedno pyta drugie, w koncu Nik oznajmia, ze widzial jak wychodzila. Mlodsza siostrzenica potwierdzila. Wyszla, z nikim sie nie zegnajac, nawet z Kokusiem, choc siedzial zaraz naprzeciwko wyjscia, wiec musiala go widziec! Poniewaz to juz nie jej pierwszy taki wyskok (ostentacyjne wyjscie z wielka obraza, to jej element pokazowy), wiec szybko przeszlismy do porzadku dziennego. To byl dzien gdzie wieczorem zawiezlismy dziewczyny do galerii, a z chlopakami pojechalismy do Parku Oliwskiego i restauracji. Kolejnego dnia mielismy jechac do kina i powstala zagroska, bo nie bylismy pewni czy babcia przyjedzie do najmlodszego siostrzenca. W sumie juz M. zglosil sie na ochotnika ze zostanie, choc moja siostra probowala zglosic swoja starsza corke, ktora juz ten film widziala. Ostatecznie jednak babcia (jakims cudem) przyjechala. Wrocilismy z kina, wyladowalismy sie z auta, wchodzimy do domu, a matka przeciska sie w przedpokoju w odwrotnym kierunku! Akurat przepychala sie kolo mnie, wiec spytalam zaskoczona czy jedzie, spodziewalam sie bowiem ze zostanie na reszte dnia. Na to mamuska spojrzala na mnie z takim swoim kretynskim usmieszkiem, niczym dziecko, ktore wie ze zbroilo, ale nie moze sie powstrzymac, rzucila krotkie "tak" i uciekla na zewnatrz! Znowu polowa naszej gromady nawet nie zauwazyla ze ona pojechala! No coz... To byla sobota, wiec w niedziele napisalam do niej czy przyjedzie kolejnego dnia. Odpowiedziala jeszcze "normalnie", ze "milo ze pytam i ze myslala nawet dzis zeby przyjechac, ale nikt oczywiscie nie pamieta ze ona gdzies tam siedzi sama". Rzecz jasna musiala dodac ziarenko dramaturgii... ;) Dopisala jednak, ze "po co ma przyjechac". Odpowiedzialam ze przeciez pozegnac sie z nami. Na to napisala, ze przeciez wyjezdzamy we wtorek, wiec musialam odpisywac jak dziecku, ze tak, czyli poniedzialek to nasz ostatni dzien. Na to juz nic nie odpisala, a ja nie dopytywalam. Czas mijal blyskawicznie, wiec jakos wczesnym popoludniem wlasnie w poniedzialek, dotarlo do mnie, ze mamuska nie dojechala. Napisalam wiec czy wpada, bo uznalam, ze jest na tyle wczesnie, ze majac 25 minut drogi, spokojnie zdazy z nami posiedziec. I sie zaczelo!!! Najwyrazniej po mojej wiadomosci poprzedniego dnia, ona oczekiwala, ze bede do niej pisac caly czas i blagac o przyjazd, a kiedy tak sie nie stalo, spedzila caly dzien sama siebie nakrecajac! Nie bede przytaczac calej wymiany, bo szkoda miejsca, ale kilka jej tekstow zacytuje, szczegolnie te, gdzie znow przekreca fakty i robi z siebie ofiare.

"Musze zyc dalej. Musze pogodzic sie z mysla, ze tylko wam przeszkadzam. Musze poszukac po swietach pomocy psychologicznej. Dzis jestem na ziolach. N. zawsze mowi ze lepiej Wam beze mnie. Potrzebna jestem tylko do pilnowania dzieci"

Na to odpisalam, ze akurat moich dzieci to nigdy nie pilnowala i wlasciwie to nie zalezalo jej zeby ich nawet poznac skoro przez 10 lat nie przyleciala do Stanow, mimo posiadania wizy i bycia na emeryturze. Zero reakcji. Zamiast tego dostalam:

"Nigdy nie zapytalyscie jak sie czuje z tym? Jak ukladaja mi sie sprawy materialne? Jak sobie radze? Czy czegos potrzebuje?"

Tu akurat wiem ze finansowo ma sie swietnie, bo poza wlasna emerytura, tata wysyla jej kase z Hameryki, wiec to takie zale dla lepszego efektu. ;)

"Bardzo sie cieszylam na wasz przyjazd... Myslalam ze sobie pogadamy sam na sam... Niestety, tylko mnie atakowalas (przy dzieciach!), a gdy w pospiechu wybieraliscie sie do restauracji nikt nawet nie spojrzal w moja strone! Nikt nie zapytal, a ty mamo jedziesz z nami? Nikt nie zareagowal, jak z wielka torba wychodzilam z domu, Nie masz pojecia jak ja sie czulam! Jak smiec! Bylo mi bardzo przykro. Chcieliscie zebym was opuscila. A wczoraj, gdy wrociliscie z kina, czy ktos zapytal mnie: mamo zostaniesz? Nikt! Jak ja sie znow czulam??? Pomyslalas o tym?"

Widzicie to robienie z siebie ofiary i odkrecanie kota ogonem? Gdyby mnie tam nie bylo, pomyslalabym ze mowimy o dwoch zupelnie roznych sytuacjach! Oczywiscie wyprostowalam wszystkie fakty, to ze nikt nie widzial kiedy wychodzila, ale matka, jak wpadla w trans uzalania sie nad sama soba, to byla juz nie do zatrzymania.

"Ja mowie o przedwczorajszym dniu. Wychodzilam z wielka torba i koldra, patrzyliscie. Szkoda slow! Szczesliwego lotu i powrotu do domu zycze wam!"

Juz mi sie odechcialo prostowac, ze mowi o trzech dniach do tylu i powtarzac, ze nikt (poza Nikiem) nie widzial jej wychodzacej. I tu powinien byc koniec, ale...

"A sorry! Jeszcze jedno, ostatnie slowo... Jesli ci zalezalo pozegnac sie z matka, to przyjechalabys do mnie. Wiesz gdzie mieszkam. Szczerze mowic liczylam na to i czekalam. Moglas wziac auto N. i po prostu wpasc. Ja caly czas jestem w domu."

W tym momencie opadly mi nawet cycki, bo taaa... bede brala auto siostry i probowala ogarnac sie na rozbudowanej obwodnicy (dwa lata temu, mimo nawigacji, tak pobladzilismy z M., ze przez pol godziny krecilismy sie w kolko). Nie mowiac juz o tym, ze przed naszym przylotem, matka sama zaznaczyla, ze do siebie nie zaprasza, bo ma mieszkanie do remontu i straszny balagan! I nawet mi sie wtedy przykro zrobilo, bo przeciez tam sie wychowalam i myslalam, ze Potworki jeszcze raz zobacza dawny pokoik ich rodzicielki... Ale teraz nagle mialam tak po prostu przyjechac! :O

W kazdym razie, nie chcialo mi sie juz przytaczac kolejnych argumentow, bo ta wymiana do niczego nie prowadzila, wiec napisalam tylko ze mamy pozny lot, wiec jesli chce przyjechac sie pozegnac, to wychodzimy dopiero o 11.

"Juz zyczylam Wam szczesliwego lotu"

I to koniec. Przyznaje, ze spodziewalam sie, ze przemysli, ochlonie i z wielkim fochem, ale przyjedzie sie pozegnac. No i sie zdziwilam. Nie przyjechala i do dzis nie otrzymalam od niej ani slowa. Jej druga corka oraz wnuki przylatuja raz na dwa lata, a ona nie dosc ze nie potrafi tak normalnie, serdecznie ucieszyc sie ze nas widzi, to jeszcze urzadza awantury (ale twierdzi, ze to ja i siostra) i nawet nie raczy sie po ludzku pozegnac!!! Tym razem jestem jej zachowaniem tak rozczarowana i zdegustowana, ze sama nie wiem kiedy sie odezwe. Rozwazam odciecie sie zupelne. :/

Jesli ktos przez to przebrnal, to sorki. Musialam dac sobie upust. Niestety, w swiecie toksycznych rodzicow, moja matka wiedzie prym...

Ale poza tym, to w Polsce bylo calkiem przyjemnie. ;)